Categories
Równowaga

Co widać a czego nie widać

Przez ostatnich kilka tygodni snułem na łamach tego bloga smętne rozważania na temat telewizji i internetu, które zmierzały do nieuchronnego wniosku. Konsumując takie ilości treści dajemy się, brzydko mówiąc, robić w konia.

Krótko mówiąc: szkodzimy sobie, szkodzimy swoim bliskim, szkodzimy środowisku.

Mimo wszystko, korporacje zaciekle walczą o naszą uwagę – tworząc więcej, reklamując więcej i rozpaczliwie szukając kolejnych sposobów na utrzymanie nas przy ekranach. Z każdym rokiem chcą sprzedać i zarobić więcej.

Rozsądną – i, chciałoby się rzec, naturalną – reakcją powinna być ucieczka z takiego układu. Skoro mi to szkodzi, nie powinienem w tym uczestniczyć. Róbcie co chcecie, ale beze mnie.

Zdaję sobie jednak sprawę, że znajdą się osoby, które powiedzą, że mamy moralny obowiązek trwania w takim stylu życia. Ponieważ tak działa świat. Ponieważ przestając konsumować duże ilości treści, możemy spowodować więcej krzywdy niż pożytku.

Dlatego właśnie chciałbym uzupełnić moje rozważania o krótką dyskusję na temat tego, co widać, a czego nie widać.

Dla miliardów osób na całym świecie konsumpcja treści jest ulubioną, podstawową rozrywką. To jest fakt. To widać. Można nawet powiedzieć, że więksi i mniejsi twórcy medialni spełniają swego rodzaju misję: dostarczając wysokiej jakości rozrywkę ludziom na całym świecie. Albo: dostarczając najważniejsze informacje ludziom na całym świecie. Rysa na tym obrazku pojawia się gdy pomyślimy o ramówce. Serwisy informacyjne są emitowane codziennie. I codziennie trwają tyle samo. Ekipy odpowiedzialne za te treści nie tylko dostarczają nam najważniejsze newsy – wyszukują wiadomości, które zapełnią ustalony z góry czas. A po “Faktach” zawsze musi być rozmowa z zaproszonym gościem – niezależnie od tego czy jest dobry temat czy nie. Tak samo weźmy taki Onet. Podczas strajku mediów portal dumnie wyświetlił list otwarty o obiektywnych, ważnych wiadomościach i swojej misji, której nie będzie mógł wykonywać płacąc podatek od reklam. Ale nie napisano tam nic o tym, że na każdy ważny news przekazany przez portal przypada kilkanaście newsów śmieciowych – w najlepszym wypadku przepisanych tweetów, w najgorszym plotek o gwiazdach czy clickbaitów, które udają wiadomości, a kierują do onetowej wypożyczalni filmów fabularnych.

No tak, ale miało być o rozrywce, a ja zacząłem rozpisywać się o serwisach informacyjnych. Tutaj jest tak samo: Na każdą wartą uwagi produkcję przypada kilkanaście zapychaczy. Ale wszystkie z nich są starannie reklamowane tak, by przyciągnąć jak najwięcej widzów. Popularne marki są eksploatowane do granic możliwości. Niezależnie od tego, kto ukuł pojęcia “guilty pleasure” czy “kupka wstydu”, koncerny chętnie propagują je, wiedząc, że powolna zmiana naszego sposobu myślenia sprawi, że więcej wydamy. W normalnych warunkach nigdy nie obejrzałbyś Hotelu Paradise? Spróbuj! To może być twoje guilty pleasure! Nie masz czasu grać w naszą nową grę? Kup w promocji dziś, zagrasz jak znajdziesz chwilę. Samo znaczenie tych pojęć jest dostosowywane do potrzeb – kiedy sformułowanie “guilty pleasure” po raz pierwszy pojawiło się w The New York Times, w 1860 roku, zostało użyte do opisania burdelu. Trochę inny kaliber, prawda?

Ale załóżmy na potrzeby tego wpisu, że faktycznie producenci treści wypełniają misję, dają ludziom mnóstwo radości i wiedzy. A że nie wszystkie treści są wysokiej jakości? Kwestia gustu. Nie każdy musi oglądać wszystko, a poza tym, może komuś spodoba się nie Gambit Królowej, a The Order. Czemu im tego odmawiać? Poza tym, pewnie nie da zrobić się wszystkiego dobrej jakości, jakkolwiek by się nie starać. Moje wpisy też są na to najlepszym dowodem:)

Więc to widać – rozrywka i informacje dla milionów osób. Na dodatek bardzo lubiana i popularna rozrywka, co pokazują wspomniane przeze mnie ostatnio statystyki korzystania z mediów. Słowem – mnóstwo dobra.

A czego w takim razie nie widać?

Kiedy moja babcia marnowała 20 lat temu czas, oglądając Klan i Na dobre i na złe, zaczynała swój cotygodniowy rytuał w piątek, od pochylenia się nad gazetą telewizyjną. Przeglądała program na cały tydzień i niebieskim długopisem zaznaczała nagłówki, które chciałaby obejrzeć. Czasami musiała podejmować trudne decyzje. Czy wolała pooglądać w niedzielę o 16 swój ulubiony serial na dwójce, czy może raczej wypróbować ten nowy program na polsacie? Po emisji odcinka musiała spokojnie czekać na kolejną porcję plotek o Mostowiakach, a w tym czasie mogła co najwyżej zamienić kilka słów o ostatnim odcinku mijając sąsiadów w drodze do sklepu. Podczas gotowania czas umilało jej radio, a oprócz tego robiła… Nie wiem, co. Była babcią. Krzątała się. Czytała jakiś plotkarski tygodnik, jakieś książki. Doglądała domu i ogrodu i chodziła na spacery. Rozmawiała z dziadkiem. Naprawdę trudno mi zrozumieć co mogła robić z tym całym czasem.

Kiedy teraz ktoś ogląda serial, niezależnie czy w odcinkach czy naraz, sprytne algorytmy od razu podpowiedzą inne treści związane z tym serialem. Na google news pojawi się lista artykułów. Strona główna Youtube’a zaroi się od propozycji powiązanych filmików. Reklamy na każdym większym portalu dopilnują, żebyśmy nie zapomnieli o naszym ulubionym serialu. Sprawdzone metody content marketingu sprawiają, że mamy ochotę klikać w linki a jeśli jeszcze czegoś nie znamy, to czujemy się z tym po prostu źle. Mamy czuć się wykluczeni.

Więc oglądamy, klikamy, i oglądamy jeszcze trochę. I jest nam z tym bardzo dobrze. Przynajmniej w tej chwili.

Wspominany przeze mnie kilka tygodni temu artykuł o fast foodach opisywał zabiegi koncernu Frito Lay, które mają sprawić, że ich produkty staną się w opinii publicznej elementem posiłku, a nie niezdrową przekąską. Kojarzycie nazwę? Chodzi o właściciela chipsów Lay’s i wielu innych marek. Firma zaczęła nawiązywać współpracę z restauracjami, żeby chipsy były dodawane do dań. Tutaj zamiast frytek do hamburgera, tam jako dodatek do sałatek. Brzmi absurdalnie? Pewnie tak. Jeszcze.

Kojarzycie Coca colę? Koncern też kiedyś rozpoczął współpracę z restauracjami. I zapewne wielu ludzi unosiło też wtedy brwi. Teraz mówi się o “symbiotycznej relacji” koncernu z McDonaldem, a wizja szklanki z colą na stole z hamburgerami czy pizzą jest tak silna, że wiele osób (w tym ja) zawsze do tych posiłków, nawet przygotowanych w domu, pije właśnie colę. No i wszyscy widzieliśmy reklamy Coca Coli przedstawiającą szczęśliwą rodzinę przy świątecznym stole, na którym oczywiście nigdy nie może zabraknąć butelek z czerwoną etykietą.

Dlaczego o tym wspominam? Yuval Harari w książce “Sapiens” pisze, że mity kształtują wszystkie aspekty naszego życia, a każda reklama telewizyjna jest małym mitem, który ma na celu kształtowanie naszych zwyczajów w określony sposób. Tak rozumiane, głupie w gruncie rzeczy mity stanowią początki największych religii świata, porządku kastowego panującego przez tysiąclecia w Indiach, kodeksu Hammurabiego czy polskiego patriotyzmu. To mity sprawiają, że nie wyobrażamy sobie świąt bez barszczu a hamburgera bez frytek i coli. 

To mity mówią nam jak ma wyglądać dobra rozrywka.

Wydaje mi się, kontynuując przemyślenia Harariego, że za nadmierne konsumowanie treści w internecie przede wszystkim odpowiada kilka współczesnych mitów:

  1. Mit rozwoju, który mówi, że świat jest coraz lepszy. Ten mit każe nam traktować wszystko, co otrzymujemy wraz z rozwojem technologii za dobre. Sprawia, że gdy myślę o tym, co w wolnym czasie 20 lat temu mogła robić moja babcia, natychmiast zaczynam mieć wrażenie, że musiała być nieszczęśliwa. 
  2. Mit nic-nie-robienia, który każe nam wierzyć, że odpoczywamy tylko wtedy, gdy siedzimy na kanapie, nie zajmując się niczym konstruktywnym. Odpoczynek liczy się tylko wtedy gdy czytamy książkę (byle nic ambitnego!), czasopismo, scrollujemy coś w sieci czy oglądamy seriale. Bo przecież siedzenie na tyłku ot tak jest nienormalne, bo…
  3. Mit nudy, który zabrania nam się nudzić. Nie możemy siedzieć na kanapie i gapić się w ścianę. Obejrzyjmy w tym czasie serial. Jeśli serial traci tempo, bardzo szybko bierzemy do ręki telefon, żeby przejrzeć instagrama. Od jakiegoś czasu gry komputerowe stały się tak mało angażujące, że wielu ludzi nie wyobraża sobie nie słuchać w tym czasie podcastu. W podobny sposób podłączamy się do treści kiedy myjemy naczynia lub sprzątamy, ale jest za to odpowiedzialny kolejny mit.
  4. Mit nie-marnowania-czasu, który każe nam zawsze robić coś wartościowego. To właśnie z powodu tego mitu trenerzy biznesowi w korporacjach zachęcają ludzi do słuchania wykładów podczas spacerów, sprzątania czy innych mało angażujących czynności.
  5. Mit bycia na bieżąco, który sprawia, że interesujemy się i wynikami super-bowl i emitowanymi podczas przerwy spotami reklamowymi. To z tego powodu czujemy FOMO, codziennie oglądamy serwisy informacyjne i czytamy newsy i boimy się, że nie oglądając modnego serialu zostaniemy w tyle.

I pewnie wiele innych. To z powodu takich mitów nie potrafimy wyobrazić sobie jak by to było żyć inaczej. A przecież z perspektywy czasu świat zmienia się bardzo dynamicznie. Gdy byliśmy dziećmi, spędzaliśmy czas zupełnie inaczej niż współczesne dzieci i pewnie wielu z nas było szczęśliwych. Współczesna obsesja na punkcie treści w obecnej formie trwa ile lat? 10? 15? 20 lat temu Netflix wysyłał klientom filmy na DVD w czerwonej kopercie a większość osób nie była w stanie wyobrazić sobie nie tylko smartfona i serwisów streamingowych, ale po prostu tego, co teraz jest dla nas normalnych internetem. 50 lat temu tak samo było z komputerami a w wielu domach nadal nie było kilkunastocalowego telewizora. 100 lat temu to radio zdobywało popularność jako przełomowa technologia, a przed 1860 rokiem niemożliwe było zapisanie i odtworzenie jakiejkolwiek treści poza wyjątkiem drukowanych książek. W filmach kostiumowych nie bez powodu pokazywane są córki wysokich rodów krzywdzące na fortepianie wielkich kompozytorów podczas proszonych kolacji – Jeśli ktoś nie miał pod ręką trupy aktorów i kwartetu smyczkowego, to był jedyny sposób, żeby posłuchać muzyki.

Nie mamy dowodów na to, czy w każdym z tych momentów w niedawnej historii ludzie, którzy mieli do danej technologii dostęp nie uważali się za żyjących pełnią życia szczęśliwców. Ale na pewno większość z nich nie miała zielonego pojęcia, że za kilka lat kolejny przełom sprawi, że świat i definicja szczęścia może zmienić się nie do poznania. Na lepsze lub na gorsze. My jesteśmy w dokładnie tej samej sytuacji. Nawet nie przyjdzie nam do głowy co takiego za 10 lat będziemy uważali za rozrywkę, z której nie sposób zrezygnować.

Mamy za to anegdotyczny dowód na to, jak obecnie żyjący ludzie czuli się w tych bliższych nam okresach. Dowodem są nasze wspomnienia i sentyment, z którym wiele osób wspomina chociażby lata dziewięćdziesiąte. Skoro 15 czy 25 lat temu ludzie żyli pełnią życia bez swobodnego dostępu do tanich lotów, serwisów streamingowych a nawet dostępu do sieci z każdego miejsca na ziemii, czy my obecnie potrzebujemy właśnie tych rzeczy do szczęścia? Za 15 lat na pewno nasz styl życia znowu będzie inny. I nadal, na nowych warunkach będziemy starali się być codziennie zadowoleni. A może w szczęściu chodzi właśnie o to, żeby mieć dostęp do najnowszych form rozrywki i wypoczynku dostępnych w danym momencie i korzystać z nich do oporu? Jeśli tak, to opiumiści z epoki wiktoriańskiej powinni być naszymi największymi idolami.

No dobrze, ale to czego w takim razie tutaj nie widać? Ano tego, co ludzie mogliby robić, gdyby przestali przez kilka czy nawet kilkanaście godzin dziennie patrzeć w ekrany. Gdyby obejrzenie filmu czy serialu stało się rozrywką cotygodniową zamiast codzienną. Gdyby nie trzeba było słuchać muzyki podczas jazdy na rowerze. Gdyby polityka stała się tematem, o którym myślimy raz na jakiś czas. Gdyby przestały do nas docierać ze wszystkich stron informacje o tym, co mamy zrobić, co obejrzeć, co przeczytać. Gdybyśmy mogli zostać sam na sam ze swoimi myślami.

Pisałem przed chwilą o mitach, które nami kierują, żeby wykazać pewną rzecz. Mity kształtują nasze życie. Ale my mamy bezpośredni wpływ na to, na jakie mity przystaniemy. To, że współczesny tryb życia narzuca nam gaszenie ekranu służbowego tylko po to, żeby włączyć prywatny ekran nie znaczy, że musimy tak robić. To my wybieramy, który mit ma na nas wpływać. 

W zasadzie to świat jest pełny powszechnych mitów, które się wykluczają. Nie można być jednocześnie chrześcijaninem i ateistą. W odpowiedzi na mit mięsożercy pojawił się mit weganizmu. Mamy konsumpcjonizm i minimalizm. Lewicę i prawicę. Nacjonalizm, patriotyzm i praktyczny zdrowy rozsądek:)

Wiele mitów sprawia wrażenie tak dominujących, że nie sposób się z nich wyzwolić. Ale zawsze jest jakiś alternatywny styl życia. 

W tym przypadku alternatywą jest równowaga. Problem w tym, że na przykład moja równowaga w spędzaniu czasu była tak bardzo zaburzona na rzecz “cyfrowego życia”, że powrót do punktu zdrowego rozsądku wydaje się naprawdę ekstremalny. A patrząc na wspominane, alarmujące statystyki, nie jestem żadnym wyjątkowym przypadkiem. 

Ale Powiedzmy sobie szczerze. Co się stanie, jeśli zrezygnujemy z mediów społecznościowych, youtube’a czy netflixa? Prawdopodobnie nic specjalnego. Ktoś może poczuć się wyzwolony i po chwili wrócić do tych samych nawyków. Ktoś może zacząć maniakalnie czytać książki lub się objadać. Ktoś może zacząć robić coś twórczego. Albo się czegoś nauczyć. Ktoś może powiedzieć, że to zmieniło całe życie. Znaleźć nowe hobby. Rozwiązać problemy z koncentracją lub pamięcią.

Rzecz w tym, że jeśli nie spróbujemy, nigdy nie dowiemy się czego nie widać. Nie przekonamy się co innego moglibyśmy robić. Czy można być zadowolonym każdego dnia bez konsumowania ogromnych ilości treści w internecie. Czym nasze babcie i dziadkowie wypełniali sobie czas.