Categories
Równowaga

Wszyscy jesteśmy zakładnikami

Dwa wpisy temu z dużą pewnością twierdziłem, że osoby, które wypowiadają się na korzyść modelu HBO a same nie wyciągają z niego korzyści materialnych zachowują się irracjonalnie. Ale może wartości, które niesie za sobą to głębsze i przedłużone obcowanie z daną produkcją są ważniejsze niż mi się wydaje? Może to ja się mylę? Spróbuję przemyśleć to w tym wpisie.

Z perspektywy konsumenta widzę dwie główne korzyści z modelu HBO. Są to:

  1. Możliwość długotrwałego uczestnictwa w pogłębionej dyskusji na temat danej produkcji. 
  2. Narzucone ograniczenie, uniemożliwiające niezdrowe oglądanie całej produkcji w dniu premiery.

Zacznijmy od punktu pierwszego. Taka dyskusja może być dosłowną rozmową ze znajomymi po każdym odcinku, ale także czytaniem artykułów, oglądaniem filmów na youtubie czy podcastów poświęconych każdemu odcinkowi. W dzisiejszych czasach pewnie o każdym serialu można znaleźć bardzo różne materiały – od trailerów i recenzji odcinka, przez omówienie najnowszych easter eggów i spekulacje na temat możliwości dalszego rozwoju wydarzeń, po komentarze na temat ostatnich kontrowersji związanych z gwiazdami serialu i materiały z udziałem tych gwiazd, lub po prostu media społecznościowe twórców, aż po przekrojowe, kilkugodzinne dyskusje po każdym odcinku.

Oczywiście, w modelu Netflixa również występują wszystkie wymienione materiały tworzone zarówno przez twórców jak i fanów, ale w tym przypadku dyskusja jest znacznie bardziej ograniczona czasowo. Jej żywotność jest po prostu krótsza, a opinia publiczna szybko musi skupić się na kolejnej reklamowanej produkcji. Nikt nie umawia się na rozmowy po każdym odcinku Gambitu Królowej, bo po co spekulować, skoro możemy natychmiast dowiedzieć się co będzie dalej. Przez to wszystkie materiały skupiają się raczej na całym serialu, a nie na poszczególnych odcinkach.

Dlatego będę upierał się, mimo wszystkich podobieństw, że dyskusja, z którą mamy do czynienia w przypadku modelu HBO jest “pogłębiona”. Jest bardziej szczegółowa, dłuższa, wzbudza więcej emocji i bardziej zapada w pamięć.

Skoro to mamy ustalone, należałoby zadać pytanie: jakie wartości przynosi widzom pogłębiona dyskusja?

Po pierwsze, dla wielu osób popkultura to hobby. Lubią spędzać czas pochłaniając wymieniane przeze mnie wcześniej materiały. Biorą urlop, żeby pojechać na serialcon lub podobne wydarzenia, gdzie mogą posłuchać prelekcji na tematy związane z ich ulubionymi dziełami, spotkać innych fanów a nawet twórców. Kolekcjonują gadżety związane ze swoimi ulubionymi markami a nawet kupują ubrania z nadrukami reklamującymi ukochane produkcje. Zresztą, wiecie, o co chodzi. Już o tym rozmawialiśmy.

Dzięki takiemu hobby wiele osób na pewno może poznać ciekawych znajomych, spędzić czas w wartościowy sposób i otoczyć się przedmiotami, które naprawdę im się podobają. Oczywiście, wszystko to z ich punktu widzenia. Wiele osób może stać się też ekspertami w swojej gałęzi popkultury a nawet twórcami. Na pewno wśród popularnych pisarzy i filmowców jest dużo przykładów osób takich jak Quentin Tarantino, znany ze swojego zamiłowania do śmieciowego kina. Osób, które tak bardzo fascynowały się czymś, że same zostały sławnymi twórcami, przy okazji zarabiając bardzo dobre pieniądze na czymś, co kochają. Ale to nie jest jedyna grupa twórców wyrastająca z podobnego podłoża. Mnóstwo osób swoją miłość do seriali, filmów czy książek wyraża tworząc fanarty lub pisząc fanfiki. Inni sami zaczynają tworzyć w internecie materiały publicystyczne na temat popkultury – czy to dla większych portali czy na własną rękę. Sam tak robię – na blogu bez problemu znajdziecie teksty o dziełach, które wzbudzają we mnie emocje.

A model HBO zdecydowanie wspiera taką twórczość. Daje więcej czasu na tworzenie swoich rzeczy i konsumowanie treści innych osób. Osobom zarabiającym na swojej twórczości daje też więcej zarobić – czy to przedłużając okienko, kiedy dane materiały będą bardziej popularne, czy bardziej angażując widownię.

Z drugiej strony wydaje się oczywiste, że na każdą osobę, która rozwija coś pozytywnego z hobby polegającego na angażowaniu się w popkulturę, przypada znacznie więcej osób, które po prostu seriale i materiały z nimi związane konsumują. Czy to coś złego? Oczywiście, że nie. Czy mogłyby lepiej spędzić ten czas? Chyba każdy intuicyjnie odpowie, że tak.

Nie wiem jaka jest skala problemu, który próbuję opisać. Wiem, że badania sugerujące związek problemów psychicznych z konsumpcją treści skupiają się raczej na mediach społecznościowych niż na filmach i serialach. Ale piszę tutaj z pozycji osoby, która akurat z mediami społecznościowymi nigdy nie miała wielkiego problemu. Za to maniakalnie oglądałem filmy i seriale, czytałem ciekawostki i zapamiętywałem daty urodzin aktorów. Z doświadczenia powiem, że nie przyszło mi z tego nic dobrego. I o ile model Netflixa niesie swoje własne zagrożenia (o tym za chwilę), to jestem pewny, że nadmiar treści powodowany przez model HBO sprzyja szkodliwej relacji z serialami.

Ale na pewno mylę się w przypadku bardzo dużej liczby osób. Wielu widzów, szczególnie tych tworzących własne treści, nie ma problemów, o których piszę. A tworzenie własnych dzieł musi w tym pomagać. Bo w pewnym momencie po prostu trzeba się oderwać i zająć czymś swoim. Pewnie, twórca filmików na youtube na pewno mógłby zrobić film od a do z słuchając w tle podcastu lub oglądając serial, ale już taki Tarantino albo Taika Waititi raczej nie mogą tak postąpić kręcąc film z wielomilionowym budżetem. 

Tak samo wśród zwykłych zjadaczy chleba musi być mnóstwo osób, które oglądają od czasu do czasu serial na HBO Go i nawet im nie przyjdzie do głowy, żeby czytać o tej historii coś więcej albo oglądać dyskusje na youtubie. Szczerze? Mam nadzieję kiedyś sam należeć do tej grupy.

Ale nadal będę ryzykował stwierdzenie, że to, o czym piszę to niepokojące zjawisko. Przemawia za tym duża ilość treści związanych z popkulturą na portalach internetowych. Gdyby takie artykuły się nie klikały, szybko zostałyby zastąpione czymś bardziej chodliwym. Co do rosnącej popularności popkulturowych podcastów i kanałów nie trzeba nic zgadywać – youtube sam daje nam dostęp do konkretnych liczb. Tak samo liczba fanów aktorów na social media. Rege-Jean Page, stosunkowo nieznany aktor po występie w hicie Netflixa, serialu Bridgertonowie, ma w tej chwili 5 i pół miliona obserwujących na instagramie. Nie mam dostępu do narzędzi analitycznych, które dają dostęp do danych historycznych, ale zaręczam, że jeszcze kilka miesięcy temu było ich znacznie, znacznie mniej. Dodatkowo, niedawne badanie pokazały, że czas spędzany przez Amerykanów na platformach streamingowych wzrósł gwałtownie w ostatnich latach. Ten artykuł z lutego 2020 (czyli de facto jeszcze przed wybuchem pandemii) opisuje wnioski z badania czasu spędzanego z mediami. Porównano rok 2018 i początek 2020. Czas spędzany przez typowego Amerykanina w serwisach streamingowych wzrósł z 28 minut dziennie do 38 minut – o prawie 50%. Jeżeli, tak jak mi, ta liczba wydaje wam się śmiesznie mała, dodam odrobinę kontekstu z tego samego badania. W 2020 roku użytkownicy spędzali odrobinę poniżej czterech godzin przy ekranie telefonu. W 2018 były to dwie i pół godziny dziennie. Statystyczny czas spędzany przy tradycyjnej telewizji zmniejszył się z 3 godziny i 44 minut do 3 godzin i 27 minut, a skumulowany czas spędzony przy różnych mediach wynosi teraz 11 godzin i 54 minuty dziennie (o półtorej godziny więcej niż w 2018 roku).

Pół dnia.

Ogromna skala problemu nadmiernego konsumowania treści nie jest moim wymysłem. I o ile model HBO nie jest tutaj jedynym winowajcą, dokłada on cegiełkę do tego niepokojącego zjawiska  – zarówno zachęcając do tworzenia jeszcze większej ilości treści do skonsumowania, jak i angażując widownię do pożerania tej treści.

Jeśli czytacie moje artykuły, prawdopodobnie wiecie mniej więcej co teraz czuję. Po pierwsze, ja też tworzę treści i chcę, żeby ludzie je konsumowali. Zimny drań ze mnie. Po drugie, cały powyższy wywód, zmieniając kilka szczegółów, mógłbym skierować w stronę modelu Netflixa. Taka jest prawda. Jasne, jak już powiedzieliśmy, dyskusja w tym modelu będzie trwała krócej. Ludzie szybciej zapomną o danej produkcji. I co zrobią? Wejdą parę dni później z powrotem na stronę główną i będą ją przez kilka godzin scrollować w poszukiwaniu kolejnej produkcji do obejrzenia. Bo prawdziwym problemem nie jest tutaj sposób dystrybucji seriali ale ich uniwersalna popularność. Nie ma nic złego w obejrzeniu fajnego filmu czy serialu raz na jakiś czas. Ale jeżeli to raz na jakiś czas to kilka godzin każdego dnia, coś tu przestaje grać. I nie jest to telewizor.

Tak więc gdy optuję za modelem Netflixa jako sposobie dystrybucji, który jest bardziej elastyczny i daje więcej wolności widzom, nie mogę mówić o czymś lepszym. To po prostu mniejsze zło.

Prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy zakładnikami z syndromem sztokholmskim. (Wiem, “wszyscy” to zdecydowana przesada). I jeżeli ktoś ma zdrową relację z popkulturą, to czego nie preferuje, i tak wygrywa, niezależnie czy powie. A jeżeli ktoś zdecydowanie z serialami przesadza (jak na przykład ja), to jak nie będzie argumentował za jednym z modeli, i tak wpadł i ma kłopoty.