Categories
Równowaga

Dalej o serialach, ale w sumie to nie.

Obejrzałem w zeszły weekend dwa odcinki serialu “New Amsterdam”. Coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się typowym serialem medycznym okazało się serialem antymedycznym.

W pierwszym odcinku pojawia się wątek źle zdiagnozowanej pacjentki. Po błędnie zdiagnozowanym parkinsonie dostała silne leki, potem kolejne, mające zwalczyć efekty uboczne wcześniejszych medykamentów. W efekcie takiej spirali leków wylądowała na wydziale neurologicznym z zatrzymaniem akcji serca, kilkoma chorobami spowodowanymi wyłącznie przez leki i z niezdiagnozowanym od kilku lat rakiem. Puenta? Po odwołaniu dotychczasowej terapii kobieta czuje się jak nowo narodzona, a zamiast leczenia raka – które jest “w tym przypadku gorsze niż sama choroba” – ma po prostu spędzić ostatnie lata życia z rodziną.

W tym samym odcinku kardiochirurg zostaje nagrodzony za to, że wykonywał o połowę mniej operacji serca niż inni, właśnie zwalniani lekarze. “Nie zawsze trzeba rozcinać pacjenta, są lepsze metody leczenia większości chorób serca” – tłumaczy na pytanie o tę dysproporcję. Jasne, tylko dlaczego chirurg zajmuje się tymi innymi metodami leczenia zamiast wykonywać swoją pracę?

W drugim odcinku pojawia się rozmowa o tym, że w USA najwięcej bankructw jest spowodowanych opłatami medycznymi, a przemysł medyczny to jedyny, w którym nie obowiązuje prawo jawności cen. Główny wątek odcinka to z kolei historia ucznia, który – znowu – jest faszerowany lekami, pod systemową groźbą wyrzucenia ze szkoły. Z powodu mieszanki leków psychotropowych, uspokajających i pobudzających, sprawia wrażenie opóźnionego w rozwoju, moczy łóżko i ledwo mówi. Lekarze w szpitalu muszą prosić o zgodę sądu, żeby podjąć się leczenia wymagającego odstawienia leków i łamią prawo, robiąc chłopcu szybki detoks między rozprawami, żeby był w stanie zeznawać.

Kolejny wątkiem jest operacja wykonywana przez kardiochirurga. Najpierw jest on zmuszony przez okoliczności do zezwolenia na wykonanie haitańskiego rytuału przed operacją, a potem wbrew innym lekarzom wykonuje bezpośredni masaż na otwartym sercu gdy nowoczesne metody reanimacji nie skutkują.

Serial, a przynajmniej te dwa odcinki, są ewidentnie pisane pod tezę. System jest zły. Leki są złe. Operacje są złe. Szczerze mówiąc, zgadzam się w bardzo dużym stopniu z tym wszystkim. Profilaktyka jest najważniejsza. Leki objawowe nie leczą przyczyny. Każdy przypadek jest inny, a system opieki zdrowotnej w USA wydaje się naprawdę zły. Jednocześnie pozostawienie tylko paru wzmianek pokazujących drugą stronę medalu przy totalnej dominacji jednostronnego przekazu nie jest czymś godnym ani pochwały ani naśladowania.

I tak właśnie z powodu serialu postanowiłem wrócić jeszcze raz do tematu poprzedniego artykułu. Dlaczego? Bo ja też pisząc o swoich przemyśleniach też w zasadzie pominąłem temat przeciwnej opinii.

Przypomnijmy: uważam, że nie ma żadnych rozsądnych powodów żeby ktoś preferował cotygodniową emisję seriali zamiast modelu “cała seria na premierę”. Dlaczego?

Zacznijmy od kościoła katolickiego i piłki nożnej.

Jakiś czas temu słyszałem historię o dziewczynce, która w przedszkolu podrobiła podpis rodziców, żeby chodzić na katechezę. Okazało się, że jej najlepsza koleżanka bardzo lubiła lekcje religii i bardzo namawiała dziewczynkę, żeby się zapisała. Z braku laku dziecko wzięło formularz i podrobiło podpis. Kiedy sprawa wyszła na jaw, rodzice zaczęli zastanawiać się czy w takiej sytuacji powinni pozwolić dziecku chodzić na religię. W końcu dziewczynka naprawdę chciała. A przecież nie chodzi tutaj o ograniczenia, a o wybór. 

Nie wiem czy ta historia jest prawdziwa czy nie. Załóżmy na chwilę, że tak.

W mojej opinii absolutnie rodzice absolutnie nie powinni pozwalać dziecku chodzić na religię w takiej sytuacji. Czemu przedszkolaki lubią te lekcje? Bo poza jakimiś wyjątkowymi historiami o czarnych serduszkach, takie zajęcia to są fajne historie, rysowanie i zabawy. Lekcja dostosowana do wieku. Służąca temu, żeby od najmłodszego przyszli wierni rozumieli, że filary wiary są niepodważalne. Innymi słowy, początki indoktrynacji. Zrobione tak, żeby dziecku się podobało. I jak tutaj takie pięciolatki mają podjąć opinię? Przecież nie zrozumieją, że konsekwencje tych zajęć mogą zacząć im przeszkadzać za 10 czy 20 lat. 

Wybór – tak, ale świadomy.

Tak samo jest z piłką nożną. Indoktrynacja od dziecka. Piłka w czarno białe łaty w prezencie, wypady z rodzicami i kolegami do parku lub na boisko. Gry komputerowe, bajki, karty i naklejki z piłkarzami. Mecze w telewizji. Twarze najlepszych piłkarzy na opakowaniach batonów, napojów i płatków śniadaniowych. Lekcje WFu w szkole. Ubrania wzorowane na oficjalnych strojach. Dzieci prowadzące piłkarzy na boisko. Dzieci mówiące, że jak dorosną, zostaną Robertem Lewandowskim. Lewy dostający medal od prezydenta. Zajęcia dodatkowe z piłki nożnej, serwis sportowy każdego dnia i większe newsy w standardowych wiadomościach. Wielki, samonapędzający się przemysł, który ma jednocześnie zarobić miliardy i wychować kolejne pokolenia fanów piłki nożnej.

Dlaczego piłka jest tak popularna? Bo wychowujemy miliony ludzi tak, żeby piłka nożna była dla nich ważna.

Nie inaczej wygląda to z każdym innym sportem, religią czy gałęzią kultury. Każdy chce zarobić wielkie pieniądze. Nic dziwnego. Gdzie indziej problemem może być inny sport czy religia a w skali mikro możemy pewnie podobny mechanizm pokazać w sekcie, o której w Polsce nikt nie słyszał. Tak samo w innych krajach zamiast piłki nożnej można podłożyć bejsbol, futbol amerykański albo hokej na lodzie.

Analogiczne mechanizmy można wykazać również w przemyśle filmowym. Weźmy na przykład takie gwiezdne wojny. Rodzice uwielbiają gwiezdne wojny. Sami poza filmami chcą obcować z tym światem. Kupują sobie gadżety związane z marką, kolekcjonerskie figurki, gry komputerowe, książki i co tam jeszcze. Dzieci nie tylko od małego widzą tego typu rzeczy u rodziców, ale również dostają tematyczne ubrania i zabawki. I znowu – od małego wychowujemy konsumentów, którzy będą daną markę chłonęli całym sobą. Którzy będą chcieli wydawać pieniądze nie tylko na bilet do kina.

I znowu – to samo można odnieść do dowolnej marki i gałęzi kultury lub po prostu przemysłu. Zresztą, pewnie mądrzy ludzie dyskutują kiedy coś staje się elementem kultury, kiedy biznesu, a kiedy przemysłu. Kilka lat temu w Polsce był boom na śląskie produkty zawierające węgiel. Od mydła i detergentów, po biżuterię. Genialny sposób na zarobienie na detalicznej sprzedaży produktu, który w dotychczasowym systemie był sprzedawany głównie w ilościach liczonych w tonach. Czy węglowa biżuteria podbiła świat? Nie do końca, chyba że chcielibyśmy za węgiel uznać również diamenty.

Do diamentów wrócimy jeszcze za chwilę. Tymczasem to jest doskonały moment, żeby zadać sobie oczywiste w kontekście dzisiejszych rozważań pytanie: Co było pierwsze, jajko czy kura?

Ktoś może powiedzieć, że Gwiezdne Wojny są tak wielkim przemysłem, ponieważ pomysł na nie jest wybitny na światową skalę. Oryginalna trylogia ma taką moc, że po prostu nie mogło stać się inaczej. Star Wars po prostu po tych trzech filmach musiało zostać globalną marką, wykraczająco poza przemysł filmowy i przynoszącą miliardy dolarów właścicielom.

Ale z drugiej strony ktoś może podkreślić, że George Lucas od początku stawiał ogromny nacisk na marketing, produkcję zabawek, kręcenie telewizyjnych “Holiday Special” i tworzenie Extended Universe. Pilnował, żeby ogień nie przygasł za bardzo. 

Jak zwykle, prawda pewnie leży gdzieś pośrodku. Ale jedno jest pewne. Skala fenomenu Gwiezdnych Wojen na pewno nie wynika jedynie z chęci pokazania światu fajnej historii. Za to czy wielka chęć współpracy odbiorców z właścicielami marki i globalnego wydawania pieniędzy na sygnowane nią produkty jest zdrowa i racjonalna? Czy wynika bardziej z gustu klientów czy raczej z ilości samych produktów i reklam? A jeżeli chodzi o gust, to kto go klientom ukształtował?

Niewątpliwe w tych rozważaniach od razu przychodzą do głowy skojarzenia z dobrze naoliwioną maszyną i perpetuum mobile. Przecież to jest bardzo złożony mechanizm, który cudem nie przestaje się kręcić. Przypomina maszynę, w której trybiki nakręcają się wzajemnie i same dbają o to, żeby się naoliwić. A może raczej to jest wielka piramida finansowa? Przyjrzyjmy się temu bliżej. Oczywiście, poniżej będą znajdowały się uproszczenia, zarówno celowe jak i takie, które wynikają z mojej nieznajomości funkcjonowania świata. Wszystko, co tutaj opisuję, próbuję zrozumieć oddolnie.

  1. Hype na gwiezdne wojny zmniejsza się.
  2. Właściciel marki (Disney) tworzy pierwotny produkt, w tym przypadku film.
  3. W tym samym czasie uruchamia machinę marketingową (tutaj mam na myśli marketing w najczystszej postaci, zapowiedzi filmu w różnej postaci). Hype narasta.
  4. Mniejsze oddziały i firmy będące własnością Disneya (np. Marvel comics) tworzą produkty powiązane z marką Star Wars (np. komiksy). Disney, nadal bez zewnętrznych pośredników zarabia na marce jeszcze przed wypuszczeniem filmu przy okazji sprzedając konsumentom defacto rozbudowaną, niebezpośrednią reklamę produktu. Produkt kierowany jest głównie do młodszych nastolatków i dorosłych pasjonatów.
  5. Mniejsze, ale nadal duże korporacje (np. Lego, Zara, EA) kupują licencję na wykorzystanie marki w swoich produktach. Powstają linie odzieżowe SW, gry SW, zabawki SW książki Star Wars. Disney zarabia dodatkowe pieniądze na sprzedaży licencji i w organiczny sposób niebezpośrednio zwiększa obecność reklam swojej marki w przestrzenii publicznej. Mniejsze korporacje doskonale wiedzą, że sprzedaż ich produktów będzie skorelowana również z działaniami marketingowymi Disneya i chcą uszczknąć kawałek tego tortu dla siebie. Przy okazji same zwiększają rozmiary gwiezdnowojennego tortu. 
  6. Sklepy zamawiają towar związany z marką. Sprzedadzą towar konsumentów, a zarobią na tym wszyscy zainteresowani: sklepy, producenci i Disney
  7. Ludzie kupują bilety do kina. Film okazuje się dużym sukcesem finansowym, oficjalnie potwierdzona zostaje kolejna część i dalsze plany wytwórni filmowej związane z marką.
  8. Stacje telewizyjne i czasopisma otrzymują od Disneya propozycje przeprowadzenia wywiadów z aktorami i opublikowania innych mniej lub bardziej ekskluzywnych materiałów. Dla Disneya to jest czysty marketing zapisany w kontraktach z aktorami, a dla mediów szansa na zrobienie atrakcyjnych dla widowni materiałów i, w efekcie, zarobienie pieniędzy.
  9. Pominięte przez Disney media i tak tworzą własne materiały na temat Gwiezdnych Wojen, na przykład recenzje lub materiały do wiadomości. Disney dostaje kolejne organiczne reklamy, a media zwiększają oglądalność i zarabiają na już i tak popularnym temacie. Tort znowu się powiększa.
  10. Agencje PRowe zostają zatrudnione przez Disneya na potrzeby działań na lokalnych rynkach., gdzie Disneyowi nie opłaca się samodzielnie koordynować marketingiem.
  11. Kolejne, mniejsze lub mniej rozpoznawalne korporacje chcą swój kawałek tortu. Kupują licencje bezpośrednio od Disneya lub od innych uprawnionych podmiotów i współpracują ze sklepami w celu sprzedaży detalicznej. W ten sposób wszyscy zarabiają, zwiększa się tort oraz zasięgi marki, a nasze otoczenie zostaje zalane przez kubki Star Wars, papierowe talerzyki Star Wars, gazetki Star Wars, pościel Star Wars, tapety Star Wars, naklejki Star Wars, zeszyty Star Wars, długopisy Star Wars, plastelinę Star Wars… Byliście pewnie w jakimś sklepie w okolicach premiery filmu, na pewno wiecie o czym mówię:)
  12. W międzyczasie agencje PR wykupują reklamy na billboardach, w mediach i internecie,i materiały sponsorowane u twórców internetowych na lokalnych rynkach, a lokalne firmy, jak na przykład wydawnictwa publikują tłumaczone komiksy i książki związane z marką. Tort wygląda już jak przykopalniana hałda albo wysypisko śmieci.
  13. Mniejsi, lokalni twórcy internetowi też publikują materiały na temat marki, nieopłacone z góry przez Disneya ani żadne powiązane firmy. Wiedzą, że to będzie klikalny temat i nie ma czasu do stracenia. Zarobią na tym pieniądze i chcą kawałek tortu, który zaczyna wyglądać jak wysypisko śmieci urządzone na największej hałdzie na Śląsku. I tak samo śmierdzieć.
  14. Konsumenci w t-shirtach z nadrukiem zapłacili już za bilet do kina, książki, komiksy, prezenty dla dzieci i kolekcjonerskie zabawki dla dorosłych. Teraz grają na konsoli w Jedi: Fallen Order i słuchają w tym samym czasie podcastów, w których pasjonaci dyskutują o najnowszych newsach z odległej galaktyki. Płacą pieniędzmi, czasem i emocjami. Te dwa ostatnie to inwestycja, która sprawi, że w przyszłości wydadzą jeszcze więcej na swoją ulubioną markę.
  15. Mali, lokalni twórcy internetowi sami są również konsumentami, a do tego sami jeszcze więcej czasu i emocji poświęcają marce, np, przygotowując materiały. W efekcie przynoszą  disneyowi tyle samo jeśli nie więcej niż typowi konsumenci. A sami, pozwolę sobie podkreślić, nie dostają pieniędzy bezpośrednio od podmiotów powiązanych z Disneyem, tylko od swoich widzów lub pośrednio z reklam na platformie, z której korzystają.
  16. A najlepsze jest to, że takich fanów gwiezdnych wojen mamy na każdym etapie układanki. Począwszy od pracowników sklepu, przez dziennikarzy i twórców internetowych, po ludzi pracujących w dużych korporacjach a nawet w samym disneyu. Więc część z pieniędzy, które disney inwestuje w całą tą piramidę wraca z powrotem do disneya. Idealnie.

No dobra, ale tutaj mówimy o konkretnej, stworzonej w celu zarabiania pieniędzy (chyba już nie czas na złudzenia) marce. Jak to się ma  do czegoś mniej konkretnego i scentralizowanego, jak na przykład seriale, od których koniec końców przecież wychodzi ten tekst, albo chociażby awokado, pizzy lub, wspomnianych już wcześniej, diamentów?

Zacznijmy od tych ostatnich.

W tej chwili wydaje się oczywiste, że brylanty to synonim luksusu, obowiązkowy element pierścionka zaręczynowego i eleganckiej, drogiej biżuterii. Piękny, rzadki, drogi. Co z tego, że nikt, kto się na tym nie zna, nie odróżni diamentu od cyrkoni albo szklanego oczka? Pierwsze pytanie, które przychodzi do głowy na widok biżuterii z przezroczystym kamykiem to: “czy to diament?” Bogacze trzymają diamenty w sejfach, luksusową biżuterię prezentuje się na wystawach, a gwiazdy noszą ją na galach. Większość ludzi najczęściej widzi brylanty w mediach, gdzie są prezentowane na reklamach lub w materiałach rozpływających się nad pięknem tych luksusowych przedmiotów. Niewiele osób jest świadomych tego, że powszechna opinia o pięknie i luksusie brylantów to efekt rozpoczętej gdzieś w latach czterdziestych kampanii marketingowej.

Diamenty są wieczne? Może teraz, ale nie zawsze tak było. Coś, co wydaje się najbardziej oczywistą rzeczą na świecie zostało kiedyś rozpisane jako plan i bardzo starannie zrealizowane. W jednym, konkretnym celu: żeby borykający się z problemami finansowymi producent został zarobił tony pieniędzy. Diamenty w naturze istniały od zawsze, ale musiały zostać wymyślone na nowo jako produkt.

Dość o luksusie. Czy istnieje coś bardziej przyziemnego niż jedzenie? Wprowadzenie superfoods w polsce. Popularyzacja różnego rodzaju kaszy na zachodzie. Awokado, które w ciągu ostatnich lat z prawie nieistniejącego rynku zmieniło się w wielki przemysł.

Awokado, które swoją obecną popularność zawdzięcza akcji marketingowej rozpoczętej w USA dokładnie między diamentem i Gwiezdnymi Wojnami: w latach sześćdziesiątych. Kalifornijscy producenci awokado nie tylko rozpowszechnili ten produkt. Oni go zrebrandowali. Oryginalna południowoamerykańska nazwa kojarzona z jądrami a także popularne wcześniej w USA określenie “Gruszka aligatora” zostały oficjalnie zastąpione nowym słowem. Potem poszło już z górki. Awokado podbiło świat. Każdy z nas zna tę bardziej przyziemną część tej historii – zdrowie, mnóstwo przepisów i zdjęć w mediach społecznościowych. Mniej osób wie o kartelach narkotykowych, mnóstwie pieniędzy wydanych na marketing i przemysłowej stronie uprawy awokado. A wystarczy wpisać w google hasło: marketing avocado investment, żeby zobaczyć 4 miliony rezultatów pokazujących skalę tego biznesu. “Strategic investment plan – avocado Australia”, “avocado market trends”, “entering the eu market for avocado”, “Avocado Billions – Who is Ready to Grab them?” To tylko kilka nagłówków z pierwszej strony. 

Nad radosnym światem fanów zdrowego odżywiania kryje się cała piramida, zupełnie podobna do tej związanej ze Star Wars.

Myślicie, że jecie to, co po prostu lubicie? A może rzeczywistość jest podobna do kultowej sceny z pierwszego matrixa? Może maszyny się pomyliły i dlatego wszystko smakuje jak kurczak? I teraz próbują wszystko odkręcić i naprawić?

Prawdę mówiąc, wcale nie jest to taka abstrakcyjna wizja. Jeśli oglądaliście kultowy TED talk Malcolma Gladwella, na pewno podziwiacie człowieka, który zredefiniował sos spaghetti dodając do niego duże kawałki warzyw. Niekoniecznie za to pamiętacie jego nazwisko.

Jak we wstępie do prezentacji mówi Gladwell:

“So I decided instead, I would talk about someone who I think has done as much to make Americans happy as perhaps anyone over the last 20 years, a man who is a great personal hero of mine: someone by the name of Howard Moskowitz, who is most famous for reinventing spaghetti sauce.“

Malcolm Gladwell

“Zamiast tego opowiem o kimś, kto naprawdę uszczęśliwiał Amerykanów przez ostatnie 20 lat. To mój osobisty bohater. Nazywa się Howard Moskowitz. To on powtórnie wynalazł sos pomidorowy.“

Malcolm Gladwell

Howard Moskowitz, człowiek, który uszczęśliwił Amerykanów. A potem ich unieszczęśliwił. Tak, jak zwykle, i tutaj są dwie strony medalu. I, jak zwykle, większość osób, która obejrzała ten TED talk – a filmik ma 9 milionów wyświetleń na stronie macierzystej i kolejne półtora miliona na youtubie –  zna tylko jedną z tych stron.

W skrócie: Howard Moskowitz zajmuje się badaniem gustu konsumentów i optymalizacją produktów żywieniowych. Zrewolucjonizował tę dziedzinę, ponieważ jako pierwszy zamiast pytać, czego konsumenci oczekują, dał im do spróbowania niezliczone próbki różnych wariantów produktu. Na podstawie badań opracował matematyczny model i… w przypadku sosu pomidorowego okazało się, że 30% badanych uwielbia duże kawałki warzyw. Takiego produktu nie było dotychczas na rynku. Nikt o nim nawet nie myślał.

W podobny sposób firma Howarda Moskowitza badała i optymalizowała pod gust konsumentów produkty różnych marek przez ponad 30 lat.

Brzmi super, co nie?

Podczas gdy Malcolm Gladwell rozpływa się nad kawałkami warzyw, pomija milczeniem to, że w ten sposób badane były wszystkie możliwe parametry produktów. Sól, cukier, tłuszcz, aromaty. Więcej czy mniej? Nikogo nie interesowały długofalowe skutki spożywania danej kombinacji. Chodziło o smak, natychmiastowy efekt maksymalnej przyjemności i zwiększenie sprzedaży produktu. Miało smakować.

Jakie jeszcze produkty były optymalizowane przez firmę Howarda Moskowitza? Od pizzy, przez słodkie napoje, po wojskowe racje żywnościowe. Jakie produkty są optymalizowane przez inne firmy zajmujące się stworzonym przez Moskowitza biznesem? Generalnie wszystko. Również produkty tradycyjnie kojarzone jako zdrowe. Kiedy malała popularność nabiału, producenci starali się zachęcić dzieci do jedzenia jogurtów. Jak to zrobić? Najlepiej sprawić, żeby bardziej im smakowały przez dodanie większej ilości cukru.

I tak dalej, i tym podobne. W efekcie korporacje prześcigały się w robieniu smaczniejszych i bardziej atrakcyjnych produktów, a nasze podniebienia przyzwyczajały się do coraz bardziej słodkich i słonych smaków, w efekcie powodując wysyp jeszcze bardziej niezdrowych produktów w tym bardzo konkurencyjnym rynku. A Howard Moskowitz, który “naprawdę uszczęśliwiał Amerykanów przez ostatnie 20 lat” i osobisty bohater Malcolma Gladwella był jedną z osób, które wprawiły to błędne koło w ruch, powodując wzrost otyłości, problemów zdrowotnych i pogorszenie jakości życia miliardów ludzi na całym świecie.

Więc tak, być może można powiedzieć, że maszyny się pomyliły i teraz próbują wszystko odkręcić. Tylko, że te maszyny to nie jest żaden symbol zniewolenia z Matrixa tylko nieskończenie skomplikowana sieć współzależnych ludzi i podmiotów prawnych, które inwestują miliardy w marketing zdrowych produktów, sportu, a także wprowadzając wynalazki takie jak podatek cukrowy. 

I tworzą z tego kolejny wielki biznes i tort, do którego każdy chętny jednocześnie dokłada i bierze kawałek dla siebie. Kolejny tort o rozmiarach gigantycznego wysypiska śmieci, leżący tuż obok podobnych tortów podpisanych: “Fast food”, “Popkultura”, “Elektronika”, i tak dalej.  Co może pójść nie tak? Pewnie z czasem się przekonamy.

No właśnie, wróćmy do popkultury. Wydaje mi się, że mamy tutaj znakomity punkt wyjścia, żeby porozmawiać chwilę o serialach, od których zaczął się ten wpis.

Skoro możemy mówić o samonapędzających się mechanizmach, które powodują zaprogramowanie społeczeństwa tak, żeby wydawali pieniądze i czas na gwiezdne wojny, awokado lub diamenty, może podobne perpetuum mobile czuwa nad tym, żeby widzowie chcieli oglądać seriale w tygodniowych odstępach czasu?

Na pewno dokładnie tak było przez wiele lat. Stacje telewizyjne bazowały na długoterminowych nawykach widzów i utrzymywały wieloletnie, jednolite ramówki, które pozwalały przewidzieć długoterminową oglądalność i dochody z reklam. Oglądanie seriali na bieżąco było jedyną możliwością, żeby bez opóźnień zapoznać się z historią, a dla osób, którym coś akurat wypadło emitowane były powtórki. Co bardziej zapominalscy (albo oglądający zbyt dużo seriali) widzowie mogli liczyć na krótkie podsumowanie dotychczasowej akcji na początku odcinka. Z kolei ci, którzy spóźnili się na pociąg mogli liczyć na letnie powtórki, wydania vhs lub dvd, kwitnące piractwo lub raczkujący rynek VOD.

I wtedy z przytupem na scenę wkroczył Netflix z Frankiem Underwoodem i zredefiniował jednocześnie rynek VOD oraz binge watching. To nie tak, że zjawisko oglądania seriali odcinek za odcinkiem w krótkim czasei wcześniej nie istniało, było jednak domeną osób nadrabiających zakończone produkcje

Ciąg dalszy nastąpi…