Categories
Równowaga

Szczęście?

Jest taki oklepany slogan, że pieniądze szczęścia nie dają. Ja częściej skłaniam się do przeciwnej opinii. Bo jak mam być szczęśliwy, skoro nie posiadam własnych czterech kątów i bezpieczeństwa finansowego? 

Jestem szczęśliwy, ale…

Mam świadomość tego, że jakoś to będzie. Z jednej strony, mogę przez najbliższych kilkadziesiąt lat wynajmować mieszkania i sobie dobrze żyć. Z drugiej, mogę obczaić stronę z nieruchomościami, wybrać mieszkanie lub dom, wziąć kredyt i sobie dobrze żyć. 

Jednocześnie czuję obezwładniającą niemoc gdy myślę o podejmowaniu jakichkolwiek decyzji.

Gdyby pięć lat temu ktoś zapytał mnie gdzie widzę siebie za pięć lat, moja odpowiedź pokrywałaby się z moją obecną sytuacją. Kończyłem studia, zaczynałem pracę w korpo… Gdy ktoś zapytał mnie o to w 2019 roku, popatrzyłem panicznie po sali pełnej studentów anglistyki i powtórzyłem gadkę szmatkę o byciu tłumaczem. A w głowie miałem raczej pracę nauczyciela. W liceum chciałem zostać pisarzem lub pracownikiem naukowym na uniwersytecie. W pierwszej gimnazjum w wypracowaniu opisywałem moją przyszłą kancelarię prawniczą o nazwie “HILTEX”. A jeszcze wcześniej… Zupełnie nie pamiętam. Stereotypy każą mi napisać, że chciałem być strażakiem lub kosmonautą, a jak teraz o tym myślę, to gdzieś w podstawówce na pewno przechodziłem przez fazę fascynacji archeologii. Wiecie dlaczego:)

Ale gdy ktoś zadawał mi tego typu pytanie, nigdy nie wspominał, że ten moment “kiedy dorosnę” lub “za pięć lat” kiedyś nastąpi, ja albo spełnię swój obecny cel albo nie, ale nie zatrzyma się ani czas ani moje aspiracje. Że owszem, mogę mieć 25 lat i zostać archeologiem, ale będę musiał być czymś przez kolejne 25 lat. I że bycie archeologiem to nie jest rozwiązanie. Że jeden archeolog robi pędzelkiem w skwarze przez osiem godzin dziennie, inny planuje ekspedycje siedząc w bibliotece, a jeszcze inny pisze prace lub reprezentuje uniwersytet.

Chyba bardziej zasadne byłoby zadawanie sobie tego pytania na modłę kilkuletniego dziecka: “a za kolejne pięć lat? A za kolejne?”

Mam wrażenie, że opierając swoje aspiracje na takich jasno określonych w czasie punktach granicznych, robimy sobie trochę krzywdę. Czy nie narzucamy sobie w ten sposób jakiegoś dziwnego obowiązku poczucia sukcesu? Złudzenia, że ten określony stan sam w sobie jest wartą wysiłku nagrodą? Rozczarowania, kiedy okazuje się, że ten punkt, do którego dążyliśmy jest tylko przystankiem na drodze, kolejną wskazówką pozostawioną przez kogoś, komu zależy na tym, żebyśmy nigdy nie przestali?

Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że wyznaczanie sobie bardziej długoterminowego celu jest w zasadzie niemożliwe z powodu ewoluującego świata i naszej perspektywy, która zmienia się w zależności od tego, gdzie w danym momencie jesteśmy. Co zatem nam pozostaje? Płynięcie z nurtem? Nieobieranie żadnego celu? Obieranie wyłącznie celów krótkoterminowych? Osiągnięcie mistrzostwa w reagowaniu na zmiany? Korzystanie z każdej okazji, jaka się napatoczy?

Oczywiście odpowiedź jest najprostsza z możliwych. Trzeba planować siebie krótko i długoterminowo, dopasowywać ten plan reagując na zmieniające się okoliczności i pojawiające się okazje.

Jednocześnie ciągle wraca to jedno pytanie. Pytanie, na które da się racjonalnie odpowiedzieć chyba tylko w momencie, gdy trafia się do pierwszej fajnej pracy. Poznajesz najbliższą strukturę w firmie i wiesz, co może być faktycznie osiągalne. W innych okolicznościach zazwyczaj operujemy na tyle niepełnymi informacjami, że odpowiedź będzie ogólnikowa i bezwartościowa. Jasne, w liceum odnosi się do wyboru kierunku studiów, ale chyba bardziej życiowe jest jednak co się będzie robiło po ukończeniu studiów. Czy jestem anglistą? Tak, ale co to dla mnie oznacza? Jestem blogerem, ale to też przecież nie ma żadnego znaczenia.

Bo to wszystko tak naprawdę sprowadza się do “W jaki sposób będziesz zarabiać pieniądze i ile?” To jest prawdziwy sens tego pytania. Do pracy zarobkowej. Chciałbym móc odpowiedzieć, że jestem blogerem. Niestety, nie mogę. To tylko hobby. No cóż, pora spojrzeć prawdzie w oczy. Jestem korposzczurem:)

Na dodatek takim, który nie wie, gdzie widzi się za pięć lat. Wiem, gdzie chciałbym się widzieć. Na fotelu bujanym, na ganku. Własnego domu. Na stoliku leżą dwa kubki i solidny dzbanek pełen herbaty. Na kolanach rozłożony koc. Wiem również, że to zupełnie nierealna wizja. Może raczej finalny cel. 

Ale to jest migawka. Co robię oprócz tego? Nie, nie jestem żadnym rentierem, pracuję sobie spokojnie, chodzę na spacery, spędzam czas z bliskimi, gram na komputerze i piszę bloga. Pieniądze? Mam własny ganek, nie są już problemem.

To wszystko bzdura. Pomijając “własność” tego ganku, wszystko to już mam. Pracę, bliskich, dach nad głową – co z tego, że wynajęty – spacery, gry komputerowe, bloga. Nie muszę do niczego aspirować. Nie muszę mieć więcej. Pieniędzy, książek, gier, gadżetów, bliskich. Może to nie ganek, ale leżak na balkonie mogę postawić w każdej chwili.

Prawda jest taka, że żadna migawka nie sprawi, że jesteśmy permanentnie szczęśliwi. “Chwilo trwaj!” Takie rzeczy tylko u Goethego. A i tam przecież nie skończyło się dobrze. Nie możemy być wiecznie szczęśliwi. Są wzloty i upadki. Ktoś zachoruje, ktoś umrze. Obiad się przypali albo będzie za słony. Herbata wystygnie, Zrobi się za zimno albo za gorąco. Ktoś się pokłóci a ktoś przyczepi. Jabłonka słabo obrodzi a domowy dżem truskawkowy spleśnieje w spiżarce.

Oczywiście piszę o tym wszystkim w ramach swego rodzaju autoterapii. Bo ja ciągle sobie wmawiam, że potrzebuję tego ganku, żeby poczuć pełnię szczęścia. Coś nieosiągalnego teraz. Jestem świadom tego, co mam teraz. Wiem, że jestem szczęśliwy i mam ku temu wszelkie powody. Ale jednak mam w głowie zakodowane, że jeszcze jakiś kawałek układanki jest potrzebny, żebym mógł osiągnąć pełen poziom, albo przynajmniej być szczęśliwym bez wyrzutów sumienia, że wymagam od siebie za mało.

Bo to nic złego być szczęśliwym tu i teraz. I to wcale nie znaczy, że nie będę szczęśliwy tam i wtedy. A nawet na tym moim bujanym fotelu, kiedykolwiek to się nie stanie. Ale szczerze mówiąc, tu i teraz jest dla mnie ważniejsze.

I co myślisz? Gdzie Ty widzisz się za pięć lat?