Categories
Równowaga

Uzależnienie od internetu: jak się uzależniłem?

W poprzednim wpisie pisałem, że mam problem z internetem. Dzisiaj spróbuję ugryźć temat od nieco innej strony.

Poprzednio skupiałem się głównie na tym, co internetowi twórcy robią, żeby maksymalnie mnie uzależnić. Nie pisałem zbyt wiele o tym, czemu akurat to ja jestem uzależniony od Internetu. Prawdę mówiąc, nie bez powodu.

Gdy odwiedzam rodziców, bardzo często siadamy wspólnie w salonie. Każdy z nosem w swoim telefonie. Wielokrotnie brałem udział w rozmowach w gronie kilku osób przy włączonym telewizorze. Wielokrotnie słyszę od ludzi, że puszczają sobie serial do jedzenia, przed pracą, przed snem. Widzę jak znane mi osoby skrolują instagrama czy youtube’a i binge’ują seriale. Słyszę na youtubie, że twórcy sami opowiadają o oglądaniu seriali i słuchaniu podcastów podczas pracy. Mam powody, aby podejrzewać, że nie jestem odosobnionym przypadkiem i więcej osób mniej lub bardziej świadomie wykazuje pewne negatywne nawyki związane z korzystaniem z internetu.

I tak na pewno jest, przynajmniej w moim otoczeniu, w mojej bańce. Uważam, że nie tylko ja mam problem. Jednocześnie jestem daleki od stwierdzenia, że skoro więcej osób prowadzi podobny styl życia, to jest to swego rodzaju norma. Nie zgadzam się na to i uważam, że mam problem. Ale jako, że alkoholicy podobno często mają wrażenie, że więcej ludzi też pije bardzo dużo, zakładam, że mogę się mylić. Może wyolbrzymiam zasłyszane zachowania opisywane przez inne osoby? Może w mojej obecności ludzie wyciągają telefony i włączają telewizor bo ja narzucam takie zachowania?

Dlatego dzisiaj nie będę pisał o tym, co inni robią nie tak, ale spróbuję przyjrzeć się sobie.

Dlaczego akurat ja uzależniam się od internetu? Co robię nie tak? Od czego tak właściwie jestem uzależniony? Być może z jakichś powodów jestem szczególnie podatny?

Kiedy się o tym zastanawiam, początków moich problemów można doszukiwać się, a jakże, w dzieciństwie. Moje miejsce przy stole w kuchni pozwalało na zerkanie z dużej odległości na stojący w salonie telewizor. Kiedy nauczyłem się czytać, przy tym samym miejscu rodzice non stop przy obiedzie kazali mi zamknąć książkę. A ja prawą ręką nakładałem od ust ziemniaki, a lewą trzymałem książkę i nie chciałem przestać czytać nawet podczas jedzenia. Kiedy oglądaliśmy wieczorem jakiś film, ciągle uciszałem rodziców i siostrę ilekroć zaczynali rozmawiać i prosiłem o podgłośnienie telewizora. Odkąd pamiętam uwielbiałem gry komputerowe i filmy, czytałem też zawsze w tramwaju i samochodzie.

Internet jako narzędzie do czytanie newsów nie był w stanie zainteresować mnie aż do tego roku, kiedy zacząłem wiele razy dziennie odpalać stronę główną onetu i sprawdzać informacje o pandemii i sytuacji politycznej w Polsce. Wiadomości po prostu średnio mnie interesowały. Za to kiedy odkryłem blogi, od razu stałem się jedną z tych osób, które szukają polecanych stron, przeglądają archiwum i odpalają co drugi artykuł w nowej karcie. To samo kiedy okazało się, że w internecie można oglądać filmy i seriale nie czekając aż puszczą je w telewizji. Jednocześnie jeszcze w szkole szukałem w google filmów, które miały mnie “motywować”, co kończyło się wielokrotnym oglądaniem tych samych filmów, które miały jakiś element, który mi się podobał. “Buntownik z Wyboru”, bo był o niezrozumianym geniuszu (pozdrowienia dla mojego nastoletniego ego), “American Psycho”, bo na początku tego filmu była scena porannego rytuału głównego bohatera (co z tego, że negatywnego) czy nonkonformistyczny “Podziemny Krąg”. Sięgałem po mnóstwo filmów i seriali o pisarzach, hakerach i podróżnikach. Symbolem tego okresu jest dla mnie wieloletnia fascynacja Doktorem Housem, którego oglądałem w kółko po kilka odcinków dziennie. Zasypiałem z odpalonym serialem i zaczynałem go oglądać rano, a kiedy kończyłem ostatni odcinek, od razu odpalałem pierwszy. Zresztą, seriali, które oglądałem po kilka razy jest znacznie więcej i ciągle ich przybywa. O filmach nie będę nawet wspominał

Nie tylko z serialami i filmami pojawiał się u mnie ten sam wzór. Harry’ego Pottera i Pana Samochodzika czytałem niezliczoną ilość razy. Kiedyś w trakcie wakacji znalazłem kasetę z akademią rozwoju Briana Tracy’ego. Tę pojedynczą kasetę ze środka kursu wsadziłem do walkmana i słuchałem jej w kółko przez parę tygodni. Jak na ironię, w pewnym momencie lektor mówił tam, że radio to guma do żucia dla uszu, bo ciągle gada i gada.

Potrafię rozpoznać konkretne momenty, kiedy zaczynały się niektóre z moich szkodliwych nawyków. Zacząłem czytać portale technologiczne w przerwach w pracy jakieś pięć lat temu, ponieważ łatwiej mi było uzasadnić przed sobą, że w trakcie przerwy dowiaduję się czegoś luźno związanego z branżą, w której pracuję. Podcastów zacząłem słuchać, żeby zabić nudę – ciężko czytać w drodze do pracy jeśli chodzi się na piechotę. Z podcastem biegało się lżej, mycie naczyń i sprzątanie było mniej uciążliwe. Ale doszło do tego, że chodziłem po domu w słuchawkach i zdejmowałem je tylko na kilka chwil, gdy naprawdę musiałem. Samo słuchanie też nie wystarczało. Jeśli akurat się nie krzątałem, ciągle w słuchawkach zaczynałem coś czytać lub grać na komputerze. Zimą, kiedy akurat rozładowały mi się słuchawki, nastawiałem bardzo cicho głośnik i wsuwałem telefon pod czapkę i kaptur, żeby nadal móc dyskretnie czegoś słuchać w drodze do pracy.

Dosyć szybko też okazało się, że od podcastów tematycznych, w których ktoś w każdym odcinku przeprowadza wywiad z jakąś znaną osobą czy ekspertem wolę popkulturalne podcasty, w których jakaś ekipa co tydzień dyskutuje o serialach, filmach czy książkach.

Oczywiście twórcy podcastów, których słuchałem nie nadążali z nagrywaniem. Zamiast szukać kolejnych twórców, słuchałem wcześniejszych odcinków, a niektóre dyskusje puszczałem po kilka razy na przestrzeni kilku miesięcy. Słuchałem tego w tle, lubiłem tych ludzi, więc czemu nie miałbym posłuchać jeszcze raz.

I tutaj wraca powtarzający się motyw. Z jakiegoś powodu wolę kilka razy słuchać i oglądać to samo lub wracać do wcześniejszych odcinków zamiast znaleźć coś nowego.

Przez tych kilka lat wielokrotnie dochodziłem do wniosku, że robię coś nie tak. Szumiało mi w głowie, brakowało skupienia, myśli plątały mi się. Kilka razy odinstalowywałem podcasty, chrome’a, Instagrama i youtube’a, pobierałem minimalistyczną przeglądarkę, a nawet przekładałem kartę sim do starej Nokii. Za każdym razem byłem pod wrażeniem tego o ile lepiej się czuję, ile rzeczy zauważam na zwykłym spacerze, jaki mam jasny umysł. A po kilku dniach powoli wracałem na dawne tory. Zaczynałem parę razy dziennie odpalać portale technologiczne, znajdowałem wyjątkowo długie i uciążliwe zajęcie, przy którym po prostu musiałem sobie coś puścić w tle albo wybierałem jakąś premierę filmową, o której naprawdę chciałem posłuchać. I po kilku dniach znów leciałem na autopilocie.

Pewnie zastanawiacie się, czemu tak właściwie o tym wszystkim piszę. 

W moim poprzednim wpisie starałem się podkreślić, że uzależniające mechanizmy, które dostrzegam w internecie wcale nie mają nas uzależniać. A przynajmniej nie do tego służą. Z założenia mają nam pomóc. Dać znać, że jest nowy wpis na blogu, który nas interesuje. Zaintrygować nas i zapewnić ciekawsze doświadczenie. Pozwolić twórcom dotrzeć do większej liczby widzów albo dać im dodatkową motywację przez większe zarobki lub po prostu przez świadomość, że ktoś lubi ich twórczość.

Ale z jakiegoś powodu te mechanizmy sprawiają, że ja czuję się uzależniony. Że kompulsywnie kilkanaście razy dziennie sprawdzam, czy na moich ulubionych portalach nie pojawił się nowy artykuł i i kilka do kilkunastu godzin dziennie spędzam siedząc w słuchawkach. A muzyki nie słucham prawie wcale. Że w weekendy, kiedy internet prawie zamiera, czuję pustkę i robię się nerwowy, bo za długo czekam na nowe treści.

Czy jestem jakoś szczególnie podatny na konsumpcję treści? Tego chyba nigdy nie będę wiedział. Czy fakt, że od dziecka tak bardzo wciągały mnie książki, filmy i gry coś oznacza? Chyba każdy zobaczyłby powiązanie. Czy naprawdę jestem uzależniony? Słyszałem, że wrażenie, że coś mi szkodzi i nieudolne próby zerwania z takim nałogiem są oznakami uzależnienia, więc chyba faktycznie tak.

Mam również teorię na temat moich powrotów do tych samych treści i niechęci do szukania nowych podcastów. Wydaje mi się, że w dzieciństwie wracając do Pana Samochodzika czy Harry’ego Pottera miałem wrażenie, że wracam do moich przyjaciół. A teraz mam wirtualnych przyjaciół, których słucham, a w myślach z nimi w zasadzie dyskutuję. Krzysiek się wymądrza, Kamil nie potrafi się elokwentnie wypowiedzieć i ciągle powtarza “jak gdyby”. Po co oni sekcję spojlerową dyskusji zaczynają od streszczenia filmu dla osób, które go nie oglądały? Przecież to nie ma sensu. Ci ludzie są praktycznie na wyciągnięcie ręki, w moim wieku, o podobnych poglądach, oprócz jakości dźwięku bardzo dalecy od profesjonalizmu. Mogą być znacznie bardziej moimi przyjaciółmi niż bohaterowie książek lub filmów dziejących się w innych czasach lub innych światach.

I o ile wspominając moje zamiłowanie do książek przygodowych trudno mówić o uzależnieniu dziecka od Harry’ego Pottera, tak teraz z moimi “przyjaciółmi” mam nieco toksyczną relację. Więc Co się zmieniło?

Kontrola Rodzicielska i technologiczna

Za dzieciaka jednak nie tylko film leciał tylko wieczorem, ale dodatkowo rodzice gasili telewizor lub przynajmniej wysyłali mnie spać gdy seans się skończył. Czytanie książki to inny wysiłek intelektualny niż czytanie krótkich artykułów czy słuchanie dyskusji podczas robienia czegoś innego. O graniu na komputerze przez więcej niż kilka godzin też nie było kiedyś mowy, bo rodzice po prostu zabraniali.

Ale to nie wszystko. W domu był jeden nowy komputer i jeden stary laptop do podziału na cztery osoby. Pierwszy telefon, który pozwalał na połączenie się z internetem w postaci opery mini i czytanie ebooków dostałem dopiero w liceum. O oglądaniu przy jego pomocy filmów nie było mowy. Internet w domu pozwalał na pobranie filmu w kilka godzin, a przerwy na buforowanie były na porządku dziennym. Raz w tygodniu w domu pojawiało się nowe DVD z filmem, który akurat dodawali do gazety. W telefonie mogłem czytać co chciałem i kiedy chciałem, o ile zasięg był dobry. Każda strona w wersji lite pobierała się dobrych kilkanaście sekund i zużywała bardzo ograniczony transfer. Żeby 20mb miesięcznego transferu nie skończyło się po kilku dniach, musiałem wyłączać ładowanie obrazków.

Im bardziej dorosły i samodzielny się stawałem, tym więcej miałem problemów z korzystaniem z internetu. Moje studia i wyprowadzka z domu zbiegła się z boomem na smartfony i popularyzacją laptopów. Dostęp do treści online z każdym rokiem stawał się prostszy, internet stale się rozwija, globalna wioska rozrasta, pakiety danych mobilnych, które mam do dyspozycji urosły jakieś trzy tysiące razy odkąd ukończyłem liceum.

Przestali blokować mnie inni ludzie. Przestał ograniczać mnie sprzęt. Przestała powstrzymywać mnie sieć.

I wpadłem.