Categories
Równowaga

Uzależnienie od internetu: czyli od czego?

Wyjątkowo niezręcznie czuję się porównując uzależnienie od internetu do alkoholizmu.

Nie tylko dlatego, że podskórnie chyba każdy ma poczucie, że to dwa całkowicie różne zjawiska o zupełnie innym ciężarze, ale także dlatego, że z alkoholizmem nie miałem nigdy do czynienia ani u siebie, ani u krewnych lub znajomych.

Jest jednak pewien aspekt, o którym często słyszy się w różnych wywiadach i artykułach na temat alkoholizmu, który sprawia, że chcę napisać o internecie i alkoholu w jednym tekście.

Pozwólcie, że napiszę jasno: Powyżej nie napisałem żadnych głupot. Nie pomieszałem faktów, niczego nie wyolbrzymiłem. Jestem pewny każdego słowa. Poniżej nie mogę mieć pewności. Mogę się mylić, mogę pisać głupstwa. Możecie się ze mną nie zgadzać i prawdopodobnie to wy będziecie mieli rację.

Do rzeczy

Grupa uzależnień, o których będę tutaj pisał jako o uzależnieniu od internetu jest bardzo szeroka. Często mówi się ogólnie o uzależnieniu od internetu jako o uzależnieniu od konkretnego zjawiska, tak samo jak o uzależnieniem od alkoholu nazywa się uzależnienie od pewnej konkretnej substancji obecnej w różnych formach. Jednak podczas gdy każdy wie, że alkoholik musi odciąć się od alkoholu całkowicie, niezależnie od tego czy jest on zawarty w wódce czy piwie, to gdy chodzi o internet sprawa jest zdecydowanie mniej jasna. Mogę bez problemu rozpoznać alkohol i go nie spożywać, za to pracuję w internecie, piszę bloga w internecie, rozmawiam ze znajomymi w internecie, korzystam z nawigacji, oglądam telewizję, oglądam youtube’a, zdjęcia, podcasty, książki, zakupy – wszystko to mam w internecie. Zupełnie różne rzeczy.

Ktoś powiedziałby – zrezygnuj z internetu. Jeśli moja praca polega na recenzowaniu różnych marek alkoholi, jeśli chcę rzucić picie to muszę zmienić pracę. Nie ma innej siły. Tak samo mogę pracować bez internetu i odciąć się od niego zupełnie. Rok 2021: jestem drwalem (tak naprawdę jest mnóstwo zawodów, które nie wymagają korzystania z internetu), do znajomych dzwonię z Nokii 3310, patrzę na znaki drogowe, w domu oglądam telewizję naziemną i słucham radia fm, czytam książki z biblioteki a na zakupy chodzę do sklepu. Aha, pisanie bloga jest nieco bardziej kłopotliwe. W tym przypadku mógłbym pisać tekst na komputerze, zapisywać plik na pendrivie i prosić jakąś dobrą duszkę o opublikowanie go. Podobno co bardziej ortodoksyjni Żydzi od lat radzą tak sobie z korzystaniem z prądu elektrycznego raz w tygodniu.

Patrząc na to co się wyprawia w tym roku mam opory przed określeniem tego scenariusza jako niemożliwego, ale wydaje mi się, że nie trzeba iść aż tak daleko. Przecież alkoholik nie musi rezygnować ze spirytusu salicylowego do dezynfekcji skaleczeń, faworków, leków zawierających alkohol. Jacka Danielsa wypić nie może, ale już wyczyścić nim przypalony piekarnik – jak najbardziej.

I tak wydaje mi się, że chociaż codziennie w pracy muszę odpalić na osiem godzin przeglądarkę, to wcale nie jest to wielki problem. Kłopot zaczyna się, jeśli codziennie wieczorem przez trzy godziny przeglądam netfliksa, w każdej wolnej chwili odpalam wizaż, w moim feedly codziennie przybywa sto artykułów, a ja ciągle szukam nowych blogów bo już dawno wszystko przeczytałem. Jeśli co godzinę sprawdzam onet, interię, wp, tvn24, a ostatnio zacząłem zaglądać jeszcze na natemat, jeśli gram na komputerze albo czytam coś, ale w tle i tak muszę puścić jakiś filmik na youtubie lub podcast. Jeśli zaglądam na facebooka lub instagrama na chwilkę i po dwóch godzinach orientuję się, że przecież miałem czytać książkę.

Internet to nie jest uzależniające zjawisko czy substancja podobna do alkoholu lub nikotyny. Internet to tylko dodatkowa przestrzeń. Taka biblioteka, w której masz natychmiastowy dostęp do mnóstwa rzeczy i nie musisz poświęcać pół godziny na dojazd i pokazywać specjalnego zezwolenia, żeby wejść do działu głupot. Internet sam w sobie jest wynalazkiem genialnym. Z całą pewnością zmienił nasze życia na lepsze. Ale , tak jak w przestrzeni fizycznego świata są alkohol, papierosy czy telewizja, w internecie również są rzeczy zaprojektowane tak, żeby były uzależniające. Nagłówki, na których widok twój mózg każe kliknąć. Strony, które skrolują się w nieskończoność. Wideo, które kończy się i od razu wczytuje kolejne. Statystyki widoczne przy poście. Odezwy do czytelników i słuchaczy. Agregatory treści. Newslettery. Powiadomienia wypychane. Algorytmy, które podsuwają ci treść, z nagłówkiem, zdjęciem, które są najchętniej klikane przez osoby o podobnym profilu, w porze dnia kiedy jest najbardziej prawdopodobne, że klikniesz. Reklamy. Karty w przeglądarce. Posty widoczne tylko przez określony czas.

I to nie jest tak, że to są jakieś nowe rzeczy. Ani że same w sobie muszą być bardzo szkodliwe.

Taki cliffhanger. Ma sprawić, że będziesz przez tydzień pamiętać o tym, żeby obejrzeć kolejny odcinek serialu. Już w tej formie jest to swego rodzaju manipulacja, ale chodzi o godzinę w tygodniu, szkodliwość jest niewielka. Tak samo z książką. Jest północ, jestem zmęczony, ale przeczytam jeszcze rozdział. Ale w Netflixie mogą sprawić, że będę oglądał serial do końca. A Po 13 godzinach oglądania, powiedzmy, o 4 rano nie zdążę kliknąć i automatycznie wyświetli mi się trailer kolejnego serialu, wybrany przez algorytm i zmontowany przez specjalistów tak, żebym faktycznie chciał zacząć go oglądać.

Wiecie co to zergnet? To jest taki jakby agregator treści i sieć reklamowa w jednym. Trafiałem na niego wiele razy zanim jeszcze moim głównym internetowym zajęciem stał się youtube. Są takie portale, które wyświetlają zergnetowe linki w formie paska “zobacz także”. Czytam artykuł, pod którym jest kilka clickbaitów ze zdjęciami. Trzy z nich mnie interesują, więc otwieram je w nowych kartach. Myk polega na tym, że te linki nie prowadzą do konkretnych artykułów, a do agregującego je zergnetu, który w formie tak zwanego grida (nielinearny układ strony zapełniony ułożonymi w pionie i poziomie kafelkami) wyświetla na samym początku nagłówek artykułu, w który chciałem kliknąć, a oprócz niego inne nagłówki ze zdjęciami i zajawkami artykułów. Na moim ekranie 720p widać cztery artykuły i fragmenty pięciu kolejnych zdjęć. Na full HD byłoby tego zdecydowanie więcej. Od razu mój wzrok przykuwają inne interesujące nagłówki. Je również otwieram w nowych kartach i cały czas scrolluję stronę w dół. Oczywiście każdy link oprócz głównego artykułu otwiera się w formie zergnetu, Algorytm dobiera coraz trafniejsze artykuły, dopasowuje do mojego profilu nagłówki i zdjęcia i fragmenty tekstu. Za każdym razem otwieram jeden artykuł, który faktycznie mogę przeczytać i kilka kolejnych zergnetów. Po kilku godzinach orientuję się, że moją główną aktywnością było klikanie w linki, mam otwartych kilkaset kart, które tak naprawdę mnie nie interesują i z których wiele powtarza się, ponieważ zdjęcie, zajawka lub nagłówek były trochę inne.

W pewnym momencie Zergnet był dla mnie definicją czeluści internetu. Klikasz w linki i nie docierasz do treści, które naprawdę chcesz przeczytać. Potem ściągnąłem Netflixa i dowiedziałem się, że mogę płacić za całkiem podobne doświadczenie. Słyszałem opinie osób, które skarżyły się na nieczytelność biblioteki, ale też takich, dla których ulubionym zajęciem jest wertowanie jej i dodawanie filmów do listy zamiast oglądania. 

Nie wiem, jak można dołączyć do zergnetu, ale myślę, że jest to jakaś wtyczka lub program partnerski. Zakładam, że większość osób, które to robią nie chcą nikomu robić na złość, szkodzić czy uzależniać. Po prostu chcą, żeby ich stronę czytało więcej osób. Łatwo to zrozumieć, w końcu ja też tego chcę.

Trudno jest pisać bloga kiedy nie lubi się internetu. Jestem przekonany, że bardzo duża część zjawisk, które w internecie zdobyły popularność w ten czy inny sposób odbija się negatywnie na ludziach. Z jednej strony każdy chce, żeby jego strona była przez kogoś czytana, optymalnie przez jak największą liczbę wartościowych czytelników. Każdy poradnik z kolei twierdzi, że skuteczne prowadzenie bloga to w znacznej większości zarządzanie social mediami, pisanie to tylko mały ułamek. Z drugiej strony uważam, że scrollowanie instagrama, korzystanie z newsletterów i ogólnie cała ta internetowa atmosfera “fear of missing out” są dla mnie, a tym samym dla czytelników, złe. Czy byłoby moralne agresywnie promować bloga kampanią reklamową na facebooku? Zachęcać w każdym wpisie, żeby czytelnicy obserwowali mnie na social mediach? I o ile moralności nie mam zamiaru w to mieszać, czułbym się po prostu nie w porządku gdybym zaczął wykonywać zwyczajowe kroki służące popularyzacji bloga. Wolałbym, żeby mi tych rzeczy nie serwowano, więc sam nie będę tego robił.

Tym bardziej, że ja sam mam problemy z internetem. Za każdym razem, gdy instaluję na telefonie instagrama, kończę scrollując przez parę godzin obrazki.  Jestem w stanie bingeować seriale kilka godzin dziennie, dlatego naprawdę staram się oglądać wyłącznie filmy, co oczywiście niewiele pomaga – po prostu więcej czasu poświęcam na wybieranie filmu a mniej na oglądanie. Kiedy zapisałem się kiedyś do newslettera zalando lounge, przez jakieś dwa tygodnie codziennie rano odpalałem stronkę i zastanawiałem się z jakiej wspaniałej okazji dzisiaj skorzystam. A youtube i podcasty puszczane w tle do codziennych zajęć to dla mnie naprawdę poważny problem.

Nie chcę niczego generalizować i nie zakładam, że mnóstwo ludzi daje się wciągnąć internetowi bardziej niż pozwalałby na to zdrowy rozsądek. Ale odosobniony nie jestem. U każdego to będzie wyglądało inaczej, niektórzy orientują się jak nisko upadli po tym jak do 2 w nocy oglądają na youtube mecze szachowe. Na pewno problem istnieje, w końcu to nie ja tutaj wymyślam pojęcie “uzależnienia od internetu”. 

Skupię się tutaj przez chwilę na youtubie, ponieważ jest to zjawisko, na które jestem szczególnie podatny i które szczególnie mnie mierzi. A najgorsze jest to, że często mówi się o tym jako o czymś najzupełniej normalnym. Tutaj wraca moje porównanie do alkoholu, od którego zacząłem wpis. Wielu alkoholików jest święcie przekonanych, że inni ludzie też piją w takich samych ilościach. Rozmawiają z kimś, kto jest trzeźwy i myślą, że jest pijany. Potem wychodzą z nałogu i okazuje się, że ich nawyki wcale nie były normalne. Że nie każdy pije wino podczas przerwy w teatrze.  Że jest całkiem sporo osób, które praktycznie alkoholu nie spożywają. I przypuszczam, że tak samo jest z innymi uzależnieniami.

Kiedyś na jakimś szkoleniu prowadząca zachęcała ludzi do słuchania podcastów podczas mycia naczyń, sprzątania, różnych zajęć. Można nauczyć się czegoś ciekawego, nie marnuje się czasu, jest przyjemniej. Ja tak robię i nigdy nikomu tego nie polecę. Być może pani coach nie miała problemu z nadmiarem słuchania. A być może tego problemu nie dostrzegała. Lub nie chciała dostrzegać. Albo dostrzegała, ale szkolenie napisała wcześniej i nie miała jak tego zmienić. Nie wiem. Wiem za to, że prowadzący mojego ulubionego kanału na youtube spierają się czasem jak najwygodniej jest grać na komputerze i słuchać podcastów jednocześnie. Część uważa, że najlepiej jest odpalić konsolę z grą i w telefonie puścić podcast lub film. Inni, że najlepiej jest odpalić i grę i podcast na komputerze w dwóch oknach. W innym podcaście, którego słucham jeden z prowadzących od czasu do czasu mówi, że nie miał ostatnio czasu niczego oglądać, puszcza sobie tylko mało angażujący serial w tle do pracy i przez dwa tygodnie obejrzał kilkadziesiąt odcinków. Najwidoczniej źle się pracuje jeśli nic nie leci w tle. Prowadzący podcastów i kanałów, które oglądam mówią o tym jak o normalnej rzeczy.

A to jest środowisko idealne. Często osoby, które oglądają, nazwijmy to, youtube’owe kanały dyskusyjne i publicystyczne, bardzo dużo czasu spędzają słuchając tego typu treści. Wiem to po sobie. Nie jest łatwo trafić w odmęty internetu. Kanały, które oglądam mają po kilka, może kilkanaście tysięcy wyświetleń. To znaczy, że ogląda je mniej niż 0,1% Polaków. Niedzielni użytkownicy znajdują raczej te najpopularniejsze rzeczy. Twórcy takich kanałów z dłuższymi dyskusjami również są użytkownikami youtube’a. Nie widziałem jeszcze youtubera, który nie byłby zafascynowany tym portalem i nie aspirował do poziomu swoich ulubionych twórców. Więc dyskusje na youtubie trafiają na wyjątkowo podatny grunt. Sami swoi.

Ale jak się nad tym zastanowić, to puszczanie gadających głów czy seriali podczas pracy nie jest normalne. Okej, ktoś nienawidzi swojej pracy, nie wytrzyma inaczej. Ale potem idzie grać na komputerze – dla przyjemności – i musi puścić sobie jakiś podcast? Po jasną cholerę? Oczywiście, niech rzuci kamieniem kto nigdy nie włączył jakiegoś filmu i nie zaczął scrollować instagrama lub czytać jakichś artykułów. Ja na pewno tak robię. Zresztą, zdarza mi się słuchać czegoś kiedy gram na komputerze.

Ale mam w sobie tyle rozsadku, żeby spojrzeć w lustro i stwierdzić, że mam solidny problem. Że to nie jest ani normalne, ani zdrowe. 

Nie planuję wchodzić na social media (mojego smutnego twittera można chyba pominąć milczeniem). Przyjemność sprawia mi samo to, że piszę, wiem zresztą, że paru znajomych zagląda tutaj, chociaż nikt nigdy nie potwierdził przeczytania jakiegoś tekstu do końca; jeśli tu jesteście, dajcie znać:) Uważam też, że chociaż czytanie w internecie może być furtką do dalszych problemów, to jest to ta najbardziej bezpieczna forma. Wymaga znacznie więcej świadomego wysiłku niż słuchanie czy oglądanie czegoś. Przeglądarka internetowa sama w sobie nie oddaje kontroli algorytmom. Otwierasz pustą stronę, wpisujesz adres strony. Gorzej robi się, gdy pusta strona daje ci ikonki najczęściej odwiedzanych witryn, pasek adresu podpowiedzi, a za każdym razem, gdy otwierasz nową kartę widzisz listę clickbaitów ze zdjęciami, oczywiście scrollowaną bez końca. Jeszcze większy problem robi się, gdy ktoś ściąga feedly, żeby tylko nic nie przegapić, włącza powiadomienia, subskrypcje i newslettery. Te rzeczy dają więcej pożytku niż szkody chyba tylko jeśli ktoś bardzo rzadko publikuje bardzo wartościowe treści. W innym wypadku ktoś próbuje lepiej zmonetyzować czytelników.

Twój mózg może się kiedyś zmęczyć, możesz zapomnieć adres strony, które podświadomie uznałeś za niewartościowe. Aplikacje i algorytmy nie dają ci tego luksusu. 

Oczywiście, jeśli chciałbym dotrzeć do dużej grupy odbiorców i pomóc im (zakładając, że piszę wartościowe rzeczy), logicznym wydawałoby się tę samą wiadomośc przerobić teraz w atrakcyjną wizualnie formę i opublikować na youtubie. Skoro tam trafiają osoby z największym problemem, trzeba tak do nich dotrzeć. Słuchałem kiedyś trzygodzinnego wywiadu z osobą, która mówiła między innymi o działaniu pompy dopaminowej w social mediach. Pseudonauka, nie wiem czy w jakikolwiek sposób potwierdzona, ale na pewno przemawiająca do wyobraźni. Podobno za każdym razem jak widzimy nowy filmik, nowe zdjęcie, nowy post, nasz mózg dostaje zastrzyk dopaminy, hormonu związanego z zadowoleniem; kiedy wykonamy nasz projekt (obejrzenie filmu, zdjęcia, posta), poziom dopaminy spada, ale my od razu możemy zacząć kolejny. W ten sposób nasz mózg dostaje bardzo duże dawki hormonu i uzależniamy się od social mediów. Również podobno, mają tam specjalistów od tego, żeby youtuby, instagramy i facebooki były jak najbardziej uzależniające. Nie wiem, tak mówią. Filmik, do którego się odnoszę to wywiad z Miłoszem Brzezińskim w podcaście Mała Wielka Firma.

Więc koleś generalnie mówi dosyć przekonujące rzeczy i odradza nadmierne korzystanie z internetu. A ja uznałem, że gada tak mądrze, że posłucham wywiadu kilka razy. Tak też zrobiłem. Przekazywanie takich informacji na youtubie jest jak karta stałego klienta dla heroinistów. Zniżka na odwyk: minus 5 procent za każde 10 uzbieranych pieczątek!

Oczywiście w tym wywiadzie autor zachęcał do: zostawiania komentarzy, subskrybowania social mediów autora i gościa, dania łapki w górę, kliknięcia w dzwoneczek, zasubskrybowania newslettera z dodatkowymi, darmowymi treściami, kliknięcia w linki afiliacyjne, dodania recenzji w itunes…. Trzeba angażować widownię, jeśli chce się zarobić, nawet jeśli jest to sprzeczne z przesłaniem dwugodzinnego wywiadu.

I znowu, tak jak większość pijących alkohol nie jest alkoholikami, większość użytkowników internetu nie jest uzależniona. Być może nie ma nawet, tak jak ja, “problemu”. Angażowanie widowni nie jest niczym złym. Pewnie dla osoby mającej normalną relację z internetem powiadomienia, algorytmy, newslettery po prostu ułatwiają korzystanie z sieci.  Dla mnie – sprawiają, że korzystam z internetu więcej i bardziej kompulsywnie. I – co oczywiste – im bardziej danemu twórcy udaje się mnie zaangażować, stworzyć relację, tym bardziej czekam na kolejny materiał i pluje sobie w brodę w przebłyskach zdrowego rozsądku..

Nie zawsze tak było.

Moja relacja z internetem rozwijała się w bardzo konkretny sposób. Kiedyś korzystałem z niego praktycznie wyłącznie w celu znajdowania i oglądania filmów. Wydaje mi się to bardzo naturalne. Do wieku kilkunastu lat moja cyfrowa rozrywka ograniczała się wyłącznie do oglądania telewizji, więc dostęp do internetu stanowił idealne uzupełnienie dla tej rozrywki. Po prostu zamiast czekać na wieczór, mogłem obejrzeć jakiś film o dowolnej godzinie. Odkryłem filmweb i zacząłem jeszcze bardziej aktywnie szukać odpowiedzi na pytanie “co obejrzeć” I okazało się, że często samo szukanie jest przyjemniejsze niż seans. Recenzje, ciekawostki, dyskusje na forum (ja, oczywiście, nie dodawałem nic od siebie, powstrzymywało mnie przekonanie, że nie potrafię wnieść niczego ciekawego), a wreszcie blogi. Okazało się, że można czytać prawdziwe przemyślenia prawdziwych ludzi. Nie wypociny dziennikarzy, którzy, kontrolowani przez szefa, edytora i redaktora, piszą pod wierszówkę na zadany temat. Szukałem więcej treści, więcej nowych, internetowych autorów, których mogłem “poznać” i kórych mogłem dodać do mojego czytnika RSS. W międzyczasie dowiedziałem się o youtubie – legalnym serwisie, gdzie za darmo można posłuchać muzyki i gdzie ludzie wrzucają żenujące filmiki. W ogóle mnie to nie interesowało. A potem okazało się, że ludzie nagrywają swoje życie, mają wiele do powiedzenia, prowadzą głębokie dyskusje na każdy możliwy temat. Okazało się, że autorzy książek, które czytałem kilka lat wcześniej teraz prowadzą kanały, przeprowadzają wywiady z interesującymi ludźmi. Wrzucają materiały wideo kilka razy w miesiącu. Mogę zobaczyć jak się zachowują, praktycznie uczestniczyć w rozmowach z nimi. Zbiegło się to u mnie z poznaniem podcastów – zresztą najczęściej tego typu materiały są dostępne jako i filmik i podcast. Pamiętam poczucie fascynacji gdy dowiedziałem się że Rich Roll prowadzi takie audycje. To prawie jakbym mógł porozmawiać ze swoim idolem. Słuchanie tak mnie wciągnęło, że zacząłem szukać więcej kanałów. Okazało się, że polskie treści też są fajne, a słucha się nawet przyjemniej. Zawsze próbuję znaleźć więcej metod na oszczędzanie pieniędzy, więc trafiłem na podcast Michała Szafrańskiego, a przez niego na kilka kolejnych. Nie sądziłem, że audycje robione przez ludzi, za którymi nie stoją duże firmy mogą być tak wysokiej jakości – technicznie i merytorycznie. I szukałem dalej, więcej.

Podcast jest znacznie prostszym medium niż film. Ma znacznie niższy próg wejścia. Nie pokazujesz nikomu swojej twarzy, jedynie głos. Nie trzeba mieć kamery. Myślę, że jeśli ktoś ma laptopa i zestaw słuchawkowy, nagrany przy użyciu tych narzędzi podcast może wydawać się w miarę profesjonalny. Filmik – raczej będzie szokował niską jakością, nawet jeśli będzie merytoryczny. To sprawia, że medium bardzo się rozwija. 

I dlatego dosyć szybko trafiłem na zwykłych ludzi. Młodych, pracujących zawodowo w różnych dziedzinach, ale pasjonujących się konkretnym tematem. Dyskutujących po kilka godzin o filmach, komiksach, książkach, grach. Solidnych nerdów, mających wiedzę o temacie. I to była bomba. Jakikolwiek dystans wynikający z tego, że słuchałem wywiadów autorytetów zniknął. Po prostu zacząłem przysłuchiwać się nagranym rozmowom ludzi, którzy równie dobrze mogliby być moimi znajomymi. Dystans między mną a prowadzącymi znacząco się skrócił. Sam mógłbym uczestniczyć w takiej rozmowie, po prostu nie znam odpowiednich ludzi.

Każdy z etapów mojej internetowej podróży był potrzebny. Uważam, że jest bardzo konkretny powód dlaczego musiałem przejść przez portale i blogi do youtube’a. Myślę, że więcej osób w moim wieku lub starszych przechodzi bardzo podobną ścieżkę. Sam internet rozwijał się w taki sposób. Nie mogłoby być vlogów, gdyby wcześniej nie było blogów. Nie byłoby blogów gdyby nie grupy dyskusyjne przy profesjonalnych portalach. Potrzeba było czasu, żeby różnica między amatorskimi i profesjonalnymi treściami rozmyła się.

Gdy internet stał się popularny, mieliśmy w nim odzwierciedlenie tradycyjnych mediów – w okrojonym zakresie. W pewnym momencie gazety i magazyny zaczęły prowadzić strony z informacjami, zajawki artykułów na zachętę – żeby klient kupił gazetę w kiosku. Kanały radiowe i telewizyjne zaczęły otwierać swoje cyfrowe wersje na tej samej zasadzie. Potem powstały portale internetowe, napędzane przez reklamy i równolegle zaczęto wydawać pełne, płatne wersje materiałów dostępnych również poza internetem. Media przeniosły się do sieci. Brakowało w niej tylko reszty prawdziwego świata – ludzi. I tak pojawiły się komentarze, fora, blogi, portale społecznościowe. Ludzie sami zaczęli pisać i czytać siebie nawzajem. Niektóre blogi udowadniały, że takie treści mogą przebijać jakością profesjonalne portale, większość nigdy nie zdobywała żadnej popularności, a część zaczęła wybijać się w swoich niewielkich niszach. Tyle wystarczyło. Stworzyły się społeczności. Okazało się, że to też nie musi być tylko hobby, że można na blogu zarobić. Autorzy zaczęli opuszczać bloxy i blogspoty, które ułatwiały dotarcie do czytelników ale w odbierały prestiż i niezależność. Boom, napływ nowych autorów, ludzie tradycyjnych mediów próbujący odkroić kawałek tortu z jednej strony i dzieciaki, którym wydawało się, że mają coś do powiedzenia i lekkie pióro z drugiej. A z trzeciej, udające blogi strony reklamowe, zakładane pod SEO i zysk. Jakość się obniżyła. 

Przyszedł youtube, w którym bardzo szybko widać czy coś jest śmieciem czy nie. Wysoki próg wejścia, pokazywanie własnej twarzy i potrzeba inwestycji w kamerę, mikrofon, program do montażu i studio sprawiają, że konkurencja jest mniejsza i po samej jakości można stwierdzić czy ktoś traktuje to poważnie czy nie.

Jednocześnie zdarzyło się coś dziwnego. Okazało się, że część ludzi nie chce oglądać standardowego formatu – kilkunastominutowych filmików, wzorowanych na segmentach tematycznych w programach śniadaniowych lub publicystycznych w telewizji. Okazało się, że część widzów obejrzy dwu- trzygodzinne dyskusje. I tak zaczęły pojawiać się wartościowe, długie wywiady i dyskusje. Rozpiętość tematów się rozszerzyła również w tym segmencie. I tak jestem w stanie słuchać jak ktoś przez kilkanaście godzin dyskutuje o grze o tron, najnowszym filmie Marvela lub grze komputerowej. Na dodatek są to zwykli ludzie. Pasjonaci bez telewizyjnej prezencji i radiowego głosu. Bez wykształcenia w danym kierunku. Ale za to z pasją, odwagą i dobrym sprzętem. Mogą czasem mówić głupoty o rzeczach, na których się nie znają, popełniać błędy merytoryczne lub nawet poruszać tematy, które tak naprawdę nikogo nie interesują. Ale ludzie ich oglądają. Ja oglądam.

I jestem na sto procent przekonany, że gdybym nie wyprał sobie mózgu przez 15 lat stopniowego zagłębiania się w ewoluującym internecie, nie zdzierżyłbym treści, które oglądam. Oglądam filmiki, w których grupa znajomych przez 20 minut dyskutuje o tym, czy bób śmierdzi czy nie. Dyskusje na temat przepisu na spaghetti, w których jedna z osób poważnie mówi, że trzeba ugotować makaron i zalać go podgrzanym sosem ze słoika. I dodaje, że sos zawsze dodatkowo blenduje, bo mimo że kupuje wersję “smooth’, zawsze są jeszcze jakieś grudki, a ma wstręt do jedzenia z grudkami. Aha, pizza to tylko margherita, bo dodatki zaburzają gładkość. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś, kto ma normalny stosunek do internetu, nie rekompensuje sobie w ten sposób braku bliższych znajomych czy którejś z potrzeb z piramidy Maslowa, obejrzałby z zainteresowaniem takie treści. Ja oglądam maniakalnie. I nawet sam, czytając to i poprawiając literówki jestem przerażony absurdem tej sytuacji.

Gonciarz nagrał kiedyś vloga, w którym sprząta mieszkanie i mówi, że jakby ktoś chciał pokazać babci lub dziadkowi na czym polega magia youtube’a powinien pokazać im ten odcinek. “To jest vlog w pigułce,” mówi, “gwarantuję, że na pewno tego nie zrozumieją”.

Ja rozumiem i oglądam. Jestem podłączony do sieci, słucham czegoś tak często jak to tylko możliwe.  Stawiam sobie granice, które sam łamię i nieskutecznie próbuję się powstrzymać. I jednocześnie szczerze lubię twórców, których oglądam. Znam ich dobrze. Znam ich opinie, głos, wygląd, sposób mówienia, wady wymowy, manieryzmy, dziwactwa, gestykulację. Gdybym chciał, mógłbym napisać do nich maila, wrzucić komentarz, pogadać na livie. Może nawet przeczytają coś ode mnie na wizji i odpowiedzą. Aktywizacja społeczności.

Wiem, że tak naprawdę to obcy ludzie, że są w pracy. Że ich elokwencja jest w dużej mierze wynikiem montażu i postprodukcji dźwięku.

Ktoś w którymś podcaście dostał list z informacja, że nowy słuchacz jest zachwycony i w ciągu kilku tygodni przesłuchał wszystkie odcinki. Twórcom było bardzo miło. Ale to nie jest w żadnym wypadku normalne. Cioramy się po dnie internetu.

Być może przesadzam. Być może to normalne i jest to norma zdrowa. Ale trudno mi to zaakceptować. Wiem jak się czuję gdy przez kilka dni udaje mi się spędzić czas w inny sposób i to wystarcza mi za dowód na to, że mogę w mojej relacji z internetem coś poprawić. Wiem, że u każdego ta internetowa bańka (a może dziura?) będzie wyglądać inaczej. Przypuszczam, że podobny u każdego będzie za to ten trend – od wariantu bardziej profesjonalnego do bardziej organicznej, bezpośredniej formy, opartej na relacji. Nie wiem za to jak sobie z tym poradzić. Jak się dowiem, dam znać.