O Johnnym Deppie, a tak naprawdę o czymś zupełnie innym.

Chciałbym podzielić się krótkim przemyśleniem w związku z zakończonym (chyba) procesem aktora. Do pewnego momentu z zaciekawieniem przyglądałem się sprawie, zaintrygowany nagłówkami o zeznaniach byłych partnerek Johnny’ego Deppa, ale potem jeden nagłówek o zakończeniu procesu przewinąłem, a kolejny po kliknięciu pokazywał paywall. W efekcie nie wiem, jak skończył się proces, kto wygrał i jaki był wyrok. 

Bardzo lubię Johnny’ego Deppa. Pamiętam, jak dziewczyny w szkole odkryły, że aktor grający Jacka Sparrowa, wtedy jeszcze nie Depp – w gimnazjum wszyscy wymawiali to Deep –  jest przystojny. Dla mnie to był po prostu świetny pirat, a potem okazało się, że znakomicie dorasta w Gilbercie Grapie i jest idealnym wyrzutkiem w Czekoladzie. A jak odrobinę później okazało się, że kocha książki (Dziewiąte Wrota) i jeszcze je pisze (Sekretne okno), to w ogóle został moim idolem, nawet jeśli nie wszystkie te filmy były bardzo dobre. Z tym idolem to przesada, ale wiecie, o co chodzi. Który młodociany aspirujący pisarz marzący o posiadaniu wielkiej biblioteki pełnej białych kruków nie ma czasem ochoty obejrzeć filmu o niezrozumianym człowieku wpatrującym się całymi dniami w pustą kartkę…

Piszę o tym wszystkim, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Wiem, że aktor dał się potwornie zaszufladkować, często gra na autopilocie i starzeje się raczej nędznie a do tego przez ostatnie pięć lat słychać o nim głównie kontrowersje związane z małżeństwem, ale jak widzę, że w jakimś filmie gra Johnny Depp to jest to dla mnie raczej rekomendacja. Wielu filmów nie obejrzałbym, gdyby nie ten aktor (większość filmów Burtona, Truposz, Turysta), a inne wspominam lepiej z powodu jego obecności (21st Jump Street). Co więcej, nie chodzi tylko o stare filmy. Jeżeli widzę, że w Orient Expressie czy Fantastycznych Stworzeniach gra Johnny Depp, jest to dla mnie dodatkowy powód, żeby zainteresować się filmem. Nie na odwrót.

Ale przez ostatnie kilka lat stale widziałem w Internecie komentarze w stylu:

  • “Trudno jest obecnie patrzeć na Johnny’ego Deppa na ekranie”
  • “Powinni jak najszybciej zrecastować tę postać”
  • “Popełnili wielki błąd zatrudniając Johnny’ego Deppa do tej roli”
  • “Ucieszył mnie fakt, że go w tym filmie zadźgali”
  • “To aktor skompromitowany”
  • “mam problem z patrzeniem na Deppa, uważam że oglądałoby mi się ten film bardziej komfortowo gdyby nie było go w obsadzie”

To oczywiście nie są ścisłe cytaty, przywołuję je z pamięci i nie podaję żadnych źródeł, żeby nie szykanować i nie wytykać nikogo konkretnego palcem. To są przykłady wypowiedzi, które przez pewien czas regularnie spotykałem w internecie przy okazji każdej premiery i każdej dyskusji na temat filmów, w których gra Johnny Depp.

Kilka słów wyjaśnienia. Cieszę się, że mamy wolność słowa i każdy może mówić co chce, a nawet ze swoimi słowami docierać do szerokiej publiczności. Sam z tego korzystam pisząc bloga. Uważam, że jeżeli ktoś nie lubi jakiejś osoby, ma prawo to wszem i wobec ogłosić. Każdy ma też prawo podjąć decyzję o nie oglądaniu filmów z aktorami, których nie lubią. Z tego prawa korzysta mnóstwo osób nie oglądających filmów ze słabymi aktorami lub, dla przykładu, z Nicolasem Cagem. Po prostu go nie lubią. I tak samo wiele osób wyraża swoją opinię w przypadku Johnny’ego Deppa, tylko że tutaj oprócz zwyczajowego “nie mogę patrzeć na tę drewnianą twarz”, pojawia się komentarz o tym, jaką to on nie jest złą osobą. 

W tej chwili wiele osób podobnie traktuje J.K. Rowling, z powodu jej transfobicznych wpisów na twitterze. Nie wczytywałem się w tę sytuację – mignęło mi tylko kilka nagłówków na temat spadającej sprzedaży jej książek –  ponieważ w tym samym czasie byłem zajęty lekturą Więźnia Azkabanu. Świetna książka, bardzo umiejętnie balansuje pomiędzy literaturą dziecięcą, do której należą dwie pierwsze części cyklu, a cechami książek dla młodych dorosłych, którymi coraz bardziej charakteryzują się kolejne tomy cyklu. Na dodatek uczy szacunku, przyjaźni, pracowitości… Uczy także, co bardzo pomocne w kontekście naszej dzisiejszej dyskusji, że pozory mogą mylić, że ktoś może być skazany za czyny, których nie popełnił, że, przede wszystkim, warto wysłuchać co ktoś ma do powiedzenia zanim wyrobi się swoją opinię. Nie widzę żadnego powodu, żeby bojkotować tak wspaniałe książki tylko dlatego, że ich autorka publikuje na twitterze transfobiczne komentarze. Na twitterze, medium, które naturalnie przez swoje ograniczenie liczby znaków w wiadomości polaryzuje i ektsremizuje większość wypowiedzianych tam opinii. To trochę tak, jakby ludzie świadomie zdecydowali, że cała komunikacja ma polegać na rzucaniu one-linerów rodem z Doktora House’a a wdawanie się w szczegóły i omawianie niuansów jest stratą czasu. Jestem przekonany, że gdyby Rowling zamiast tweeta napisała długi artykuł wyjaśniający jakie ma wątpliwości, dyskusja i reakcja wyglądałaby inaczej. Zresztą, być może coś napisała, ale nie zamiast, tylko oprócz i co głośniejsi internetowi aktywiści nie mają czasu i wolą sobie wyrobić opinię na bazie tweeta. Co ja tam wiem. W każdym razie, Jej książki przedstawiają zupełnie inne wartości, a naszych dzieci autorka książki obchodzi tyle co nic, dopóki mogą się zaczytywać w przygodach Harry’ego, Rona I Hermiony. Wartość płynąca z tych książek jest taka sama niezależnie od tego, czy Rowling jest transfobiczna czy nie. Ale oczywiście to, czy ktoś samemu chce je czytać lub kupować je dzieciom, jest indywidualną decyzją każdej osoby.

Problem zaczyna się gdy okazuje się, że wielki bojkot jest decyzją nieprzemyślaną i wiatry się zmieniają. Pal licho, jeżeli ktoś zapozna się ze sprawą małżeństwa Johnny’ego Deppa czy transfobizmu Rowling, przeczyta źródła i uzna, że oglądanie kolejnej części Fantastycznych Stworzeń uwłacza ludzkiej godności, tym bardziej, że Ezra MIller wdaje się w bójki w barach i też jest niemiły. Gorzej, jeżeli taką decyzję podejmuje się po przeczytaniu paru artykułów napisanych przez blogerów lub stażystów w jakimś dużym portalu na podstawie tweeta, albo reakcji innej osoby na tweeta. Jak to mówił wujek Ben, z wielką siłą wiąże się wielka odpowiedzialność. Może czas zrozumieć, że z wielkim zasięgiem też? Być może warto dwa razy się zastanowić nie tylko zanim opublikuje się tweeta, ale również zanim na takiego tweeta się zareaguje? Własna decyzja o tym, żeby nie czytać książek jakiegoś autora czy słuchać muzyki kontrowersyjnego piosenkarza to jedno, ale mówienie o tej decyzji publicznie to jednak trochę coś innego.

A potem okazuje się, że powoli zaczynam widzieć komentarze o recaście nie Johnny’ego Deppa, a Amber Heard. Dobrych kilka miesięcy przed rozpoczęciem głośnego procesu, to ona stała się tą złą, na którą trudno się patrzy. 

I tak jak pisałem na początku, nie wiem jak zakończył się proces – słowo przeciwko słowu i świadectwa przyjaciół jednej strony przeciwko zeznaniom byłych partnerów opisujących łagodny charakter drugiej. Słowem – trudna sprawa.  Clickbaitowe nawyki współczesnych serwisów z wiadomościami sprawiają, że o werdykcie wiem tyle: proces obnażył niedoskonałość spraw związanych z przemocą domową i pokazał, że ci szaleni celebryci nie mają nic wspólnego z normalnymi ludźmi. Znowu pozwalam sobie pisać z pamięci i bez źródeł, tym bardziej, że to przecież nic nowego. I niezależnie od tego kto kogo w tym przypadku bił, wydaje mi się, że szafowanie wyrokami w internecie, a tym bardziej w okrojonej, zekstremizowanej konwencji mediów społecznościowych jest średnim pomysłem, a przynajmniej wymaga zastanowienia. Niezależnie od tego, czy mówimy o celebrytach, politykach czy zwykłych ludziach. 

Swoją drogą gotowość do dzielenia się publicznie spolaryzowanymi opiniami dziwi tym bardziej, że cały czas mówi się o erze fake newsów, a na własnym podwórku dopiero co mieliśmy przykład człowieka, który w parę miesięcy od pomniejszego ministra stał się najpopularniejszym, najbardziej szanowanym politykiem w kraju, by zaraz potem spaść do rangi złodzieja i oszusta. A twój tweet też może okazać się fake newsem, cegiełką w ścianie globalnej dezinformacji.

Podsumowując – każdy ma prawo do wyrażenia swojej opinii, nie obowiązek. Każdy ma też prawo do przemyślenia tego co chce powiedzieć. Warto to robić. A w domowym zaciszu bojkotujmy kogo chcemy. Nikt nie broni.