Nie lubię algorytmów

Zdarza mi się czasami usłyszeć jak ktoś zadaje pytanie: “jak wytłumaczyć co to jest internet starszej osobie”. Odpowiedzi bywają różne. Od bezsensownych porównań do chmury, przez głupie tłumaczenie, że to globalna sieć połączonych ze sobą komputerów, aż po sugerowanie, że to biblioteka, w której jest wszystko.

Obaj moi dziadkowie próbowali zrozumieć internet i żadnemu z nich się to nie udało. Być może to ja źle tłumaczyłem o co chodzi. Posadziłem dziadka przed komputerem, odpaliłem Google i powiedziałem, że może zaczynać. Ale co? Wpisz co cię interesuje. A jego interesowało po prostu czym jest sieć. Bardzo rozczarowujące przeżycie. Dla niego internet właściwie już nie istnieje. 

Drugi dziadek na oczy nigdy Google nie widział, ale zapamiętał, że internet urządzenie, w którym można wszystko sprawdzić. Słyszałem jak narzekał na internet Mikołaja. Jeśli chce sprawdzić coś, co uważa za ważne i skomplikowane, zazwyczaj wspomina o internecie Mateusza, a jak potrzebie coś na szybko, dzwoni do mnie. Ostatnio nawet zawstydził panią z banku, pytając, czy taki przelew można wykonać z każdego internetu.

Zawsze twierdzę, że mogę w kilkanaście minut nauczyć żonglować prawie każdą osobę. Jeszcze nikt się nie odważył, ale głęboko wierzę w swoją rację. Chociaż na pierwszy rzut oka żonglowanie to bardzo skomplikowana umiejętność, podstawy nie wymagają wiele wysiłku. Kilkanaście minut konkretnych ćwiczeń, wykonanych w pełnym skupieniu. I tyle. Można się tego nauczyć.

Z internetem jest inaczej. Pod względem nauki jest taki sam, jak żonglowanie, ale dla większości osób obsługa internetu na pierwszy rzut oka wydaje się prosta jak budowa cepa. Być może dlatego, że większość osób potrafi buszować po internecie zupełnie nieświadomie. Właśnie dlatego zamiast wymyślić dla dziadka jakieś konkretne ćwiczenia, powiedziałem: to jest to.

Pamiętam zresztą własne pierwsze kroki. W podstawówce umówiłem się z kolegą na kurniku. Wiedziałem tylko, że są tam gry i że to jest fajne. Pojechaliśmy do taty do pracy po godzinach. Odpaliłem stronę i zupełnie nie wiedziałem co robić. Pamiętam też jak kiedyś przypadkiem odpaliłem na domowym komputerze historię przeglądarki. Klikalem jak szalony. Wtopiłem całe popołudnie, a przecież to było pewnie kilka podstron Onetu zapisanych na dysku. Jedno kliknięcie za dużo i wyrzucało błąd. 

Kiedy już w domu pojawiło się stałe łącze, nigdy nie wciągnąłem się w internetowe życie

Od dziecka komputer służył mi do grania w gry i nadal jest to moje główne cyfrowe zajęcie. No, może oprócz oglądania filmów. Ale, być może z powodu wąskich horyzontów i nudnego charakteru, nigdy nie zacząłem przesiadywać na portalach społecznościowych, odkrywać ciekawych rzeczy ani tym bardziej publikować czegokolwiek bardziej osobistego. Nie żebym się nie starał. Starałem się, nawet teraz przecież próbuje. Nieudolnie.

Z tego co rozumiem, dla dzisiejszej młodzieży życie w realu i wirtualny coraz bardziej się łączy. Coraz częściej publikują w internecie zdjęcia, filmy, przemyślenia, pod własną, znaną, tożsamością. Ja tak nie potrafię. Jest ja, tutaj, i internet, tam. Chyba nigdy nie zanurzę się cały w cyberprzestrzeni.

No właśnie, cyberprzestrzeń. Myślę, że starając się wytłumaczyć starszej osobie internet, lepiej mówić o cyberprzestrzeni. Tak, wiem, że to słowo wyszło z mody zanim się urodziłem. Ale wydaje mi się, że jednak lepiej pokazuje o co chodzi. Może internet lepiej opisać jako alternatywny świat, w którym możemy swobodnie teleportować się z miejsca na miejsce, znając adres lub korzystając z drogowskazów, ale nie można się ruszyć. Możemy kupić sukienkę albo rozmyślić się po obejrzeniu jej z każdej strony, ale nie dotkniemy i nie przymierzymy jej. Możemy zobaczyć film, ale nie usiądziemy w fotelu kinowym. Możemy wpaść na koncert ulubionej gwiazdy, ale nie zatańczymy pod sceną albo przeczytać książkę czy gazetę bez przewracania kartek. Możemy też porozmawiać z przyjaciółmi, ale nie poklepiemy ich po plecach. Albo zaprzyjaźnić się z ludźmi, do których nigdy się nie odezwie my.

A to wszystko pod warunkiem, że znamy adres lub znaleźliśmy drogowskaz.

No właśnie, drogowskazy. Co mamy do wyboru? Między innymi:

  • Wyszukiwarka, która znajdzie nam wiarygodne (w założeniu) strony na zadany temat.
  • Podpowiedzi w przeglądarce, które sugerują najbardziej popularne strony (w założeniu) i te, które już kiedyś odwiedzaliśmy.
  • Podpowiedzi w wyszukiwarce, które sugerują najczęstsze pytania.
  • Reklamy, które kierują nas do konkretnych sklepów lub portali, wybranych najczęściej na podstawie naszej wcześniejszej aktywności w sieci.
  • Portale takie jak youtube czy netflix, które stale dopasowują wyświetlaną treść w oparciu o naszą wcześniejszą aktywność.
  • Media społecznościowe, które pozwalają każdemu użytkownikowi dodać swoją treść lub polecić coś, a potem wyświetlają nam to w oparciu o wcześniejszą aktywność.
  • Strony i blogi, które tworzą własne treści lub polecają inne w oparciu o widzimisię twórców.

Jeszcze kilka lat temu oglądałem youtube’a sporadycznie. Głównie używałem go, żeby odpalić jakąś muzykę. Teraz? W piątek obejrzałem dla rozrywki kilka filmików z reality show Johna Ceny i Nikki Belli. W efekcie następnego dnia moja strona główna była pełna chwytliwych nagłówków i miniaturek z kolejnymi klipami. 

Kiedy kupiłem jakiś czas temu plecak online, po zakupie musiałem przyzwyczaić się, że w zasadzie każda strona internetowa będzie mnie atakować banerami z plecakami w promocyjnych cenach. Nieważne, że ja już dokonałem zakupu i chcę się nim cieszyć a nie rozmyślać czy dobrze wybrałem.

Podpowiedzi w przeglądarce skutkują tym, że otwierając chrome’a w zasadzie odruchowo wpisuję spi… enter, często nawet jeśli odpalam przeglądarkę żeby sprawdzić coś konkretnego.

W całym bajzlu netflixa można nieraz spędziłem dobrą godzinę przeglądając ofertę a nie coś konkretnego. Teraz zawsze odpalam stronę “nowości”, bo jest bardziej różnorodna i skompresowana.

Nie lubię algorytmów, które wybierają dla mnie treść. To tak, jakbym szedł do restauracji, w której dają mi do wyboru parę najpopularniejszych dań i propozycje wybrane na podstawie mojego niedawnego jadłospisu, a sprawdzenie całej karty jest związane z dużym wysiłkiem. To, że czasami mam ochotę na bigmaca nie oznacza ani że chcę go stale jeść ani że jest to dla mnie dobre.

Pamiętam stare portale blogowe. Na linii czasu wyświetlały wszystkie najnowsze wpisy. Dzieliło je wszystko – temat, autor, przekonania, jakość. Łączyła tylko wspólna platforma blogowa. Można było odkryć tam najróżniejsze treści. Bez dopasowywania ich do mnie. Taka metoda na pewno dawała mniej klików. Ale mam wrażenie, że jednak była dla mnie lepsza.

I jasne, te strony eksponowały wszystkie treści, bo zarabiały na klikach. Robiły to najlepiej jak mogły. Ale teraz z rozwojem technologii pojawiły się te wszystkie algorytmy, które bardzo skutecznie podsuwają mi to, co lubię. Są jak rodzice, którzy podsuwają dziecku colę i chipsy, bo od tego częściej się uśmiecha. Nieważne, że zęby zdążyły już wypaść. 

Mam nadzieję, że kiedyś firmy, które zarabiają na mojej aktywności w internecie dojdą do wniosku, że długofalowo zdrowy internauta jest lepszy od impulsywnego klikacza. Że algorytmy będą w stanie stwierdzić, że skoro kupiłem plecak, to kolejne oferty już mnie nie interesują. Że zainteresowania rzadko sprowadzają się do “więcej tego samego” a nadmiar Johna Ceny może skutkować przekroczeniem pewnego punktu i odinstalowaniem youtube’a z telefonu.