Pamiętnik z kwarantanny 6

Wcale nie czuję senności, mimo że już dawno po 23. Obejrzę jeszcze jeden odcinek, może dwa i pójdę się położyć. Będzie wygodniej na kanapie. Obudziłem się o pierwszej w nocy, przykryty kocem. Właśnie skończył się drugi sezon House of Cards. Przespałem to.

Budzę się, jak zwykle, koło siódmej. Trzeba ogarnąć trochę w kuchni i zrobić śniadanie. Zanim zacznę krzątać się po domu, muszę założyć słuchawki i puścić Onet Rano. O nie, jest sobota. W takim razie jakiś podcast. Dwie godziny później w końcu mogę skorzystać z weekendu i odpocząć. Jeszcze tylko puszczę pranie. Wreszcie siadam przy biurku, odpalam komputer, przy którym wczoraj zasnąłem i od razu włączam też xboxa. Serial mi się nie podoba, więc lepiej jeśli pogram w tym samym czasie. Przecież muszę się dowiedzieć co będzie dalej, zresztą, może później spodoba mi się bardziej. Ale nie będę przecież marnował czasu. 

Godzinę później pralka daje o sobie znać powtarzającym się pikaniem. Idę do niej, ale najpierw zakładam słuchawki i wybieram odpowiedni filmik na youtubie.

Oglądam dwa ekrany naraz przez kolejne dziesięć godzin z przerwami na jedzenie i herbatę, obowiązkowo z telefonem. Do komputera podłączyłem pchełki, a do xboxa słuchawki nauszne – w ten sposób mogę założyć jedne na drugie i słuchać wszystkiego jednocześnie. Od czasu do czasu odpalę nową kartę w chromie, i zrobię moją standardową wycieczkę po najpopularniejszych portalach o technologii. Serial nadal gra, nie ma potrzeby pauzować. Za pierwszym razem odpalam w nowych kartach to, co mnie najbardziej interesuje. Czytam artykuły, potem komentarze. Dwie godziny później powtarzam rundkę, ale tym razem okazuje się, że chce mi się czytać nagłówki, które dopiero co zupełnie zignorowałem. Później odpalam strony znowu – może pojawiły się jakieś nowe komentarze. Po południu odpalam te strony tylko po to, żeby przekonać się, że nie ma nic nowego. Wpisuję w przeglądarkę adresy stron, na które zaglądam rzadziej. No nic, chyba już więcej nie poczytam dzisiaj. Muszę wrócić do oglądania. Powoli kończy się trzeci sezon. Jeśli utrzymam tempo, może uda mi się skończyć serial wcześniej niż zakładałem. Tymczasem skupiam uwagę na xboxie. Szybko mi się nudzi, więc zmieniam grę, raz, drugi, trzeci. Nic mi nie pasuje. Serial już dawno przestał mnie interesować, ale cliffhangery na końcu każdego odcinka sprawiają, że zostaję w grze. Głowa boli mnie od paru godzin. Podnoszę się, wychodzę na chwilę na balkon. 

Muszę przestać, zrobić sobie detoks. Zostać cyfrowym minimalistą. Jak tylko obejrzę serial do końca. Miałem skrobnąć coś na bloga, ale każda próba kończy się porażką. Te kilka akapitów, które udaje mi się z siebie wypluć są jeszcze bardziej miałkie niż zwykle. Nie ma sensu, oglądam dalej.

Wreszcie biorę się w garść. Już noc, a podobno parę godzin przed snem należy nie patrzeć w ekrany. Położę się, wypiję melisę i poczytam książkę.

Po paru stronach odłączam telefon od ładowania i zaczynam scrollować. Nie mogę skupić się na żadnym dłuższym tekście. Zaczynam przeglądać youtube’a jak portal. Po prostu oglądam miniaturki filmików, czasem pozwalam im pograć w ciszy przez kilkanaście sekund. Potem skroluję dalej. W końcu zmuszam się, żeby wrócić do książki. Po chwili biorę telefon, podłączam słuchawki i puszczam jakąś dyskusję. Czytam książkę, powoli, po akapicie. W zasadzie nie słyszę konkretnych słów w słuchawkach. Z szumu wybijają się pojedyncze fragmenty. Orientuję się, że czytam to samo zdanie kilka razy. Nic nie szkodzi, ważne, że czytam.

Przesadzam? Raczej nie.

Powyższy fragment nie jest dokładnym opisem mojego dnia, ale nie powiedziałbym, żeby był bardzo karykaturalny. Wczoraj rano obudziłem się z myślą, że jak się postaram, to dokończę serial. Miarka się przebrała – Zamiast wstać, odpaliłem wikipedię i przeczytałem streszczenie dwóch ostatnich serii. Ale jestem zadowolony, że to zrobiłem.

House of Cards to chyba jeden z najważniejszych seriali w historii. Dla mnie na pewno. Pamiętam, jak wychodził – pierwsza produkcja Netflixa, serial internetowy, dzieło Davida Finchera, z pierwszoligowym aktorem w roli głównej. Do tamtej pory seriale internetowe kojarzyły się raczej z niszowymi produkcjami na kilkanaście minut, które próbowały zyskać rozgłos przez to, że były publikowane na youtubie. House of Cards to była inna bajka. Nie tylko nie był gorszy od produkcji telewizyjnych. Był lepszy. A potem przyszła druga seria i kolejne, i nigdy nie udało się zbliżyć poziomem do jego początków. Serial na pewno będzie zapamiętany również przez twardą decyzję zwolnienia swojej największej gwiazdy (ja po prostu nie wiem, jak odmienić to nazwisko po polsku) i rozpaczliwe filmiki gwiazdora udającego Franka Underwooda.

Bardzo ważny serial. Ale czy warto go oglądać? Moim zdaniem zdecydowanie nie. I jestem bardzo szczęśliwy, że udało mi się poznać zakończenie tej historii w wikipedii, poświęcając na to 15 minut zamiast 15 godzin. Szczerze mówiąc, wszystko poza pierwszą serią uważam za marnowanie czasu.

Ale nie o tym miałem pisać. Wiele współczesnych seriali jest zaprojektowanych tak, żeby nie dało się przestać ich oglądać.  Zresztą nie chodzi tylko o seriale. Jeśli przekartkujecie parę książek Remigiusza Mroza, zobaczycie, że wiele rozdziałów kończy się bardzo podobnym schematem. Pojawia się jakieś niedopowiedzenie, a potem następuje cliffhanger. I ta struktura się powtarza. Nie podoba mi się to, co oglądam lub czytam, ale mój mózg musi poznać dalszy ciąg. Musi otrzymać kolejny kawałek układanki. I wydaje mi się, że ten stan jest dla nas bardzo negatywny. Bardzo trudno mi uciec z tego toru. A potem kończy się to bezsennością, bólem głowy i czasem przeciekającym przez palce. Instagram i inne media społecznościowe działają podobnie. Można skrolować bez końca, a jeżeli masz wątpliwość, czy to, co widzisz jest dobrej jakości, od razu masz potwierdzenie w postaci lajków i komentarzy. A algorytmy dbają o to, żeby obrazki zawsze ci się podobały. Podobno z punktu widzenia mózgu to jak wielki sukces – widzisz mnóstwo treści, szybko odhaczasz rzeczy  z listy, a nawet możesz wykonać dodatkową akcję, lajkując. Nie wiem, czy to prawda, tak tylko słyszałem. 

Żyję w cyklach, w których coraz bardziej wpadam w ekran. Zawsze kończy się to podobnie. Przekraczam granicę, wyjmuję słuchawki z plecaka, odinstalowuję aplikację do podcastów i instagrama, czyszczę historię w przeglądarce. Wyjmuję jakąś książkę. Przez parę dni faktycznie mało korzystam z ekranów, a potem spirala się nakręca. Najpierw znowu odpalam moje ulubione portale o technologiach i ze zdumieniem odkrywam, że wcale nie interesuje mnie jak wygląda najnowszy telefon tej i tej firmy. A kilka dni później jednak zaczyna mnie to interesować. A potem o siódmej rano ręka odruchowo sięga po telefon, palec odruchowo klika w skrót…

Nie wiem jak rozwiązać ten problem. Podobno bardzo skuteczne jest przełączenie wyświetlaczy na tryb czarnobiały. Ale ile można tak wytrzymać. Wydaje mi się, że to, co należy robić, to starać się zmieniać proporcje w cyklu. Wydłużać etap początkowy i skracać końcówkę. I pamiętać, że nie chodzi o całkowite odcięcie się, ale o balans. 

Tymczasem ja mam takie postanowienie na najbliższy czas: 

  • Zamienić seriale na filmy. Siedem częśćie Szybkich i Wsćiekłych, które dopiero co wjechały na Netflixa to jakieś 15 godzin (HoS to 73 odcinki po 45 minut każdy –  ponad 3 razy więcej). I nie mają cliffhangerów.
  • Codziennie czytać książki. I to nie Remigiusza Mroza ani Lee Child’a, ale nadrabiać rzeczy, które czekają na regale.
  • Robić jedną rzecz naraz. Żadnych podcastów ani seriali w czasie grania na komputerze.
  • Tworzyć, a nie tylko konsumować. Po coś przecież mam bloga:)