Pamiętnik z kwarantanny 5, czyli próbuję zebrać myśli

Czytam sobie opowiadania Szczepana Twardocha zebrane w tomie: “Ballada o pewnej panience”. Obejrzałem też kilka wywiadów z nim i kawałek debaty o tym, czy czytanie jest przereklamowane.

I tak sobie myślę…

Jeśli mnie znacie, albo przynajmniej przeczytaliście kilka tekstów na blogu, zapewne zauważyliście już, że bardzo boję się generalizować. Gdy tylko dochodzę do jakichś wniosków, w każdym zdaniu pojawią się słowa w stylu chyba; myślę, że; wiele; być może. Niedawno pisałem o tym, że nie ma mnie tyle w internecie, żebym odczuł na własnej skórze cokolwiek, o czym pisał Zwierz Popkulturalny. Osobiście uważam, że każdego należy traktować maksymalnie indywidualnie. Każdy jest inny. Jasne, ludzie mają pewne cechy wspólne, ale chyba nie jest ich tak dużo, żeby robić solidne generalizacje. Do Twardocha wrócimy, tymczasem chciałem powiedzieć, że przeczytałem parę artykułów – o tym, że smartfony niszczą życie całemu pokoleniu i o tym, że ludzie biorą dobre pomysły i wypaczają je do ekstremum. I o ile teksty wydały mi się bardzo interesujące i efektowne, wydaje mi się, że padły ofiarą nadmiernego wykorzystania uogólnienia przez autorów.

Autorka jednego z nich pisze o tym, że gdzie się nie obejrzy, widzi ludzi przygotowujących się do bardzo wymagających zawodów sportowych lub wielodniowych wyjazdów medytacyjnych. Że ścieżki rowerowe w Londynie są opanowane przez korpoludków ścigających się sami ze sobą. Wniosek jest właśnie taki – nie potrafimy złapać równowagi, odpuścić sobie, narzucamy sobie niepotrzebne cele i szukamy rywalizacji tam, gdzie jej nie ma. Bierzemy zdrowe nawyki – jak rekreacyjna jazda na rowerze, bieganie czy medytacja i przeciągamy strunę.

Piszę my – ale kto właściwie?

Nie znam otoczenia autorki artykułu, która według krótkiego bio jest CEO jakiejś wiodącej firmy, ale sam pracuję w korpo – na samym dole. Jest taki, prawdopodobnie krzywdzący, stereotyp, że dyrektorzy firm są w zdecydowanej większości psychopatami. Być może moje korpo otoczenie nie jest w żaden sposób porównywalne, ale zapewniam was, na każdą osobę, która ma solidną zajawkę na bieganie albo jeździ na obozy medytacyjne jest co najmniej kilka, które ekstremalnie co najwyżej oglądają seriale albo widują się ze znajomymi. Tak jest przynajmniej w moim otoczeniu. I nie ma w tym nic złego. Ale jakkolwiek efektownie nie byłby wspomniany artykuł napisany, nie opisuje on rzeczywistości – na pewno nie mojej. Wyolbrzymia za to pewne zjawisko i sprzedaje je jako poważny trend.

Drugi artykuł omawia coś, czego jeszcze bardziej nie lubię. Opisuje konkretne pokolenie. Powszechnie wiadomo, że wyróżniamy konkretne pokolenia. Boomerzy, X, Y, millenialsi… Pewnie jest tego więcej. O ile nazewnictwo często jest różne, to najczęściej przy danym pokoleniu podaje się daty. I tak na przykład widzę, że pokolenie Y to osoby urodzone między 1980 a 1989 rokiem. Jeśli przejrzycie kilka artykułów na ten temat, zobaczycie, że daty często różnią się od siebie, ale zazwyczaj są faktycznie sztywno narzucone. Często znajdziecie też notki, że bywa to płynne. No bo co jest takiego innego w osobie urodzonej w 89 i w 90, co sprawi, że ta osoba będzie nagle zupełnie inna? Kolejna notka, która prędzej czy później się pojawi, to że opisy porównawcze pokoleń operują na pewnych trendach, nie są faktami, opisują tylko statystycznie powtarzające się cechy. Zapewne artykuły naukowe związana z, czy ja wiem, socjostatystyką czy czymś takim bardzo wyraźnie zaznaczają to, czym są. Nie wiem tego na pewno, bo nie jestem odbiorcą tych tekstów. Do mnie dotrą w najlepszym wypadku popularnonaukowe artykuły spłycające istotę takiej analizy, albo – co bardziej prawdopodobne – clickbaitowy chłam podsuwający przerobione przez kilka kolejnych etapów dziennikarstwa dane jako wiedzę objawioną. Millenialsi to, millenialsi tamto, a w ogóle to telefony komórkowe zniszczyły całe pokolenie.

Słuchałem kiedyś pewnego podcastu, w którym był wywiad z socjolożką na temat różnic między kobietami i mężczyznami. Jasne, autorki zaznaczyły parę razy, że rozmowa jest trochę dla zabawy, że każdy jest inny… Ale to była minuta disclaimera w czasie ponad godzinnego festiwalu seksizmu. To, mężczyźni zazwyczaj szybciej podejmują decyzje nie znaczy, że ja mam taką cechę. Jako jednostkę naprawdę niewiele obchodzi jacy są statystyczni przedstawiciele grup demograficznych, do których należę. Piszę grup, bo przecież należę do więcej niż jednej.

A taka statystyka bardzo szybko okaże się bezsensowna w zderzeniu z indywidualnością jednostki. Mężczyzna, millenials, Polak, katolik, mieszkaniec dużego miasta, z wyższym wykształceniem, pracownik dużej firmy, wzrost ponad przeciętnej (najwidoczniej jest to 176cm), IQ poniżej przeciętnej (nie mam złudzeń, nigdy nie udało mi się nawet ukończyć testu). Można wymieniać bez końca.

W jednym z wywiadów ze Szczepanem Twardochem padło zdanie, że polski antysemityzm nie jest szkodliwy dla Żydów, bo ich w Polsce już prawie nie ma. Polski antysemityzm jest szkodliwy dla Polaków. No dobra, ładne zdanie. Ale co to jest Polski antysemityzm? Ja nie jestem antysemitą, a jestem Polakiem. Prawdę mówiąc, według mojej wiedzy nie znam ani żadnego Żyda, ani żadnego antysemity. Nie zdarzyło mi się nigdy usłyszeć antysemickiego komentarza. Jasne, znam słowo żydzić, ale to tylko słowo.

To tylko słowo. Jest taki trend, w Internecie widziałem zachęty do tego co najmniej kilka razy, żeby używać feminatywów. Feminatywy to słowa z żeńską końcówką, takie jak lekarka. Feminatywów mamy używać, żeby walczyć z seksizmem. Dobrze, akceptuję to. Co z tego, że w języku angielskim – na przykład – metoda na walkę z seksizmem polega na czymś dokładnie odwrotnym. Tam zamiast używać słów nacechowanych płciowo, tworzy się nowe, neutralne (steward, stewardess, flight attendant). Akceptuję taką walkę o równouprawnienie w Polsce. Kobieta ma swoje słowo, mężczyzna swoje. Ale znam osoby, do których najwidoczniej dotarł właśnie ten odwrotny trend, na modłę anglosaską. Te osoby z olbrzymią starannością zamiast mówić lekarka, mówią lekarz. I robią to w tym samym celu – żeby pokazać szacunek dla płci danej osoby. 

Tak więc słowo to tylko słowo. Pochodzenie słów jest najróżniejsze. I nie każdy, kto użyje słowa, które kojarzy się z jakąś grupą etniczną będzie miał negatywne intencje. Oczywiście, jeżeli ktoś poczuje się urażony, należy przeprosić.

W każdym razie jeżeli ktoś mówi, że wszyscy Polacy to czy tamto – i nie chodzi o to, że wszyscy Polacy mieszkają w Polsce lub mówią po polsku – to w większości przypadków mogę spokojnie założyć, że nie wszyscy, a nawet, że ja – wcale nie. I tak samo jest z wszystkimi grupami demograficznymi, do których należę.

Mówię o tym wszystkim, żeby stwierdzić jedną prostą rzecz. Są nauki ścisłe i nauki humanistyczne. Być może różnią się właśnie tym, że w naukach ścisłych można opisać uniwersalne prawa, a jedynym uniwersalnym prawem w naukach humanistycznych jest Każdy człowiek jest inny. Chyba. Jeżeli ktoś próbuje mi wcisnąć jakieś humanistyczne wnioski jako uniwersalne prawo albo jako prawdę o mnie samym, musi zapalić się czerwona lampka. Ktoś może trafić raz czy dwa, ale w pewnym momencie po prostu zacznie wmawiać ci jakieś głupoty.

To tyle tytułem wstępu. Nie wiem, czy rozkmina, którą tutaj przeprowadziłem jest trafna. Wiem, że mniej więcej w coś takiego wierzę. Musiałem nakreślić trochę kontekstu, żeby móc napisać o ciekawych uczuciach, które budzi we mnie czytanie prozy Szczepana Twardocha. Właściwie te moje emocje wcale nie są ciekawe. Po prostu mnie zdziwiły.

Uważam, że nie jestem patriotą. Ani państwowym, polskim, ani lokalnym, śląskim. Zresztą, może i urodziłem się w Katowicach, ale w mojej rodzinie nikt nie mówił po śląsku, nikt nie chodził na żadne patriotyczne marsze ani inne duperele. Moi rodzice, a dziadkowie pewnie tym bardziej uważają się za Polaków (nie ślązaków) i patriotów. Nie chcę się wdawać w szczegóły, nie czuję się na siłach. Grunt, że jeśli pojawi się jakieś zagrożenie dla Polski, prędzej zacznę spieprzać gdzie pieprz rośnie niż jej bronić.

Ale czytając o śląskich górnikach u Twardocha jest mi bardzo miło. To jest jednak ten kawałek ziemi, specyficzny region, który coś mi daje innego niż wszystkie inne regiony. Tak samo jest na przykład gdy oglądam Pana Tadeusza. W połączeniu z muzyką (A Kilar to też przecież związany ze Śląskiem kompozytor) i tekstami Mickiewicza, te widoczki, ta szlachecka otoczka działa na mnie jak nic innego. A przecież ze szlachtą łączy mnie jeszcze mniej niż z górnikami. To dopiero solidny przykład nabytej nostalgii.

Najwidoczniej te uczucia do boćka czy do kopalni są we mnie tak mocno zakodowane, że cokolwiek bym nie twierdził, zawsze to we mnie będzie siedziało. I to jest bardzo miłe uczucie.

A jak to wszystko łączy się z kwarantanną?  To następnym razem.