Pamiętnik z kwarantanny 3, czyli Michał próbuje zrozumieć świat

Zabierając się do tego wpisu chciałem zrobić przegląd prasy, a w zasadzie blogosfery. Znaleźć różne teksty, w których ludzie omawiają jakie obserwują zmiany w związku z epidemią, jak starają się im zwalczać, co przewidują i co radzą. Wcześniej rzuciło mi się w oczy, że:

To dotarło do mnie samo i zainspirowało wpis. A potem zacząłem na siłę wyszukiwać różne różne blogi i przeglądać je w poszukiwaniu informacji.  I co? Okazało się, że to zupełnie mnie nie bawi. Znalazłem mnóstwo podsumowań miesiąca (niektóre z nich bardzo interesujące) i polecajek z gatunku co robić w czasie epidemii, rzeczowo i dokładnie wyjaśniających, że obecnie najlepszym wyborem jest oglądanie filmów i seriali, czytanie książek, gry planszowe i poprawianie swoich umiejętności kulinarnych. Bo przecież do tej pory głównym zajęciem czytelników blogów było spacerowanie po lesie. Odebrano im sens życia, jak wszystkim Polakom.

Rzuciły mi się też w oczy blogi, które skupiają się na zarabianiu pieniędzy. Parę wpisów miesięcznie, przerwa na pół roku, po czym podsumowanie marca z listą rzeczy typu “zarobić tyle a tyle na blogu” , “zdobyć tyle a tyle adresów mailowych”…. Bardzo to do mnie trafia, bo sam chciałbym, że bloga czytało dużo osób (po co się łudzę), a jakby udało się coś zarobić to w ogóle bomba. Ale jak prześledzicie wpisy z ostatniego roku zobaczycie, że przeżyłem różne etapy. Najpierw chciałem pisać błyskotliwe opinie na temat popkultury, ale szybko okazało się, że moje życie nie jest na tyle aktywne. Potem próbowałem wejść w tak zwany styl życia, przepisy, porady, jednocześnie bardzo skracając formę, żeby skuteczniej zmusić się do pisania.

Uważam, że potem udało mi się wyciągnąć kij z dupy i zacząłem pisać o tym, co mnie interesuje i kiedy mnie interesuje. Bez spiny, bez myślenia jak tutaj na tym bardziej zarobić i na siłę popularyzować. I co? Super! Mam pracę na etacie, więc nie muszę zarabiać dodatkowo, a sam fakt, że prowadzę bloga, moje własne miejsce, i że nie upadł od ponad roku jest dla mnie ogromnym źródłem satysfakcji. Przede wszystkim staram się pisać dla siebie. Bo nie wiem, czy kiedykolwiek będę miał więcej czytelników. Kurde, nawet ja sam nie czytam moich wpisów – wyłącznie je piszę. Może to też o czymś swiadczy…

W każdym razie, skoro robienie na siłę przeglądu prasy mnie irytuje i męczy, po co mam to robić?

I to jest jedna rzecz, którą zrozumiałem. A inne tylko próbuję zrozumieć, między innymi przy pomocy linków z początku wpisu i dzięki własnym rozkminom.

Żyjemy na skraju zapaści gospodarczej. Dużo głosów mówi, że teraz należy zamawiać jedzenie na wynos, żeby wspierać lokalne biznesy. Ale z drugiej strony mówi się też o oszczędnościach, poduszce bezpieczeństwa i niepewnej przyszłości. A może to państwo powinno skupić się na pomocy zwykłym ludziom i przedsiębiorcom, żeby nikt nie musiał martwić się o to, że zostanie zwolniony z pracy albo zmuszony do zamknięcia swojej firmy? A przy tym nie zarazi się podczas próby kupienia kwiatów? A może to przedsiębiorcy powinni dbać o to, żeby mieć zapas gotówki pozwalający na funkcjonowanie firmy bez zysków przez rok?

Jak zwykle zadaję pytania, na które nie znam odpowiedzi. Piszę o rzeczach, których nie rozumiem. Próbuję je zrozumieć. 

Celowo podałem przykład kwiaciarni. Nikt nie mówi o tym, żeby kupować kwiaty, bo lokalne biznesy upadną. Kilka lat temu był taki mały bojkot kwiaciarni na dzień nauczyciela czy koniec roku szkolnego. Jakiś nauczyciel poprosił uczniów, żeby zamiast kupować dla niego kwiaty, oddali pieniądze na cele charytatywne. Sprawa trafiła na Facebooka, do gazet, telewizji i się zaczęło. Świetny pomysł. Zrezygnujmy z kupowania kwiatów, bo to taki bezsensowny zwyczaj. Ale jak wiele innych rzeczy, ta tradycja służy temu, żeby świat funkcjonował. Wiele ludzi pracuje w branży kwiaciarskiej. Są fabryki i sklepy specjalizujące się w komponentach używanych do uprawy kwiatów, specjaliści stawiający i naprawiający szklarnie, które pozwalają nam kupować cięte róże przez cały rok. Są hodowcy. Ludzie zatrudnieni w dystrybucji B2B. Kwiaciarnie, pracownicy kwiaciarni, nauczyciele florystyki, producenci elementów ozdobnych do bukietów. Branża w dużej mierze pracuje sezonowo – dzień nauczyciela, walentynki, dzień kobiet, koniec roku szkolnego. Jeżeli przestaniemy kupować kwiaty na te okazje, branża w końcu przestanie być opłacalna i upadnie. Być może część z zależnych od niej osób w przyszłości zostanie beneficjentem programów, które chciał wesprzeć ten nauczyciel.

Jeżeli chodzimy do restauracji albo zamawiamy jedzenie na wynos, osobiście omijamy sklep, ale restauracja z powodu zwiększonego zapotrzebowania sama zrobi za nas zakupy. Jest dobrze. Można wspierać lokalne biznesy, ponieważ zamiast omijać jakiś element układanki, dodajemy kolejną stację. Jedzenie zamiast iść tak: “producent-hurtownia-sklep-klient” pójdzie tak: “producent-hurtownia-sklep-restauracja-klient” My wydamy więcej, ale takie rozkminy prowadzą wyłącznie bogate osoby (chociaż same często nie są świadome tego, że są bogate). Stać nas. Dobra, ale co w takim razie ze sklepem “za rogiem”, małym lub średniej wielkości. Przecież żadna restauracja w czasach kryzysu nie będzie kupowała produktów w zawyżonych cenach w osiedlowym sklepie. A my, ośmielę się twierdzić, staramy się teraz raczej robić zakupy blisko domu. Wesprzesz restaurację, ale inny lokalny biznes może popaść w tarapaty. Oczywiście, pewnie ty zamawiasz na wynos, ale większość osób na osiedlu pobiegnie po drożdze do pani Beatki albo pana Staszka. Pewka.

Kiedy mówimy o wspieraniu restauracji w tym trudnym czasie, głównym słyszanym hasłem jest “Zamów obiad w ulubionej knajpce”. A co z tymi knajpami, do których chodzą wyłącznie skacowani studenci? Co z kebabem na szewskiej, skoro jedzą tam głównie pijani angole podczas tripu po starym mieście? Co z tą uroczo obskurną pierogarnią na Floriańskiej, do której chodzą ci bardziej porządni turyści w ramach atrakcji? Te lokale zapewne płacą znacznie większy czynsz i nikt nie będzie o nich pamiętał myśląc o ulubionej knajpce. Może my, świadomi lewicowi konsumenci i hipsterzy wszelkiej maści, powinniśmy wspierać te restauracje, do których normalnie nigdy byśmy nie poszli, które są na samym dole wyszukiwarki? Te stanowczo nie ulubione. Może takie lokale są teraz w znacznie gorszej sytuacji niż “najlepszy ramen w mieście”? Mogę się mylić, nie pracuję w branży gastronomicznej. Powtarzam, zadaję pytania, bo nie znam odpowiedzi.

A sam nie kupuję na wynos. Na co dzień staram się jeść w domu, a teraz jest mi znacznie łatwiej niż zwykle. Jestem cholernie wdzięczny że mam pracę i nawet nie czuję się zagrożony obecną sytuacją. Ale redukcje zdarzały się w przeszłości i zdarza się w przyszłości. Być może szybciej niż myślę. Przede wszystkim dbam teraz o swoje bezpieczeństwo i wolę mieć jak najwięcej pieniędzy na moją osobistą czarną godzinę niż dbać o kwiaciarni i knajpki. Czy postępuję słusznie? Nie wiem.

Jeśli dobrze rozumiem, gospodarka jest kruchą konstrukcją opartą na milionach bardzo konkretnych założeń, dawno zapomnianych umów społecznych i powiązań między poszczególnymi elementami układanki. Zmiany w tym systemie są możliwe, ale czasochłonne. Jeżeli nagle przestaniemy kupować kwiaty, wiele osób nagle będzie miało problemy. Ale jeżeli stopniowo będziemy wprowadzać jakąś nową gałąź rynku lub usuwać z niego jakąś kategorię produktu, będzie OK. 

Przykładem tego byłyby dla mnie papierosy. Jeśli zakazalibyśmy w tej chwili sprzedaży papierosów, zwiastowałoby to wielkie problemy. Istnieją całe korporacje, które zarabiają na sprzedaży papierosów. Ale z oczywistych względów papierosy nie są tak popularne jak kiedyś, a mnóstwo ludzi na całym świecie stara się zmniejszyć liczbę palaczy. Tak stopniowo, od kilkudziesięciu lat.  Zmiany trwają. Korporacje pełzną. Całkiem zabójcze produkty są powoli zastępowane odrobinę zdrowszymi odpowiednikami. Całkiem podobnie jest z samochodami spalinowymi. Tutaj cała sieć sprzedaży może zostać taka sama, ale fabryki muszą być powoli dostosowywane do produkcji elektryków. Dlatego różne kraje wprowadzają terminy kiedy to wszystkie nowe auta będą już elektryczne. Nie mogą zrobić tego od razu, bo byłyby problemy.

Wracając do głównego wątku, być może jestem dla gospodarki złem koniecznym. Jestem w miarę oszczędny, sporo pieniędzy, które powinienem na bieżąco wydawać, lokuję w banku. Jasne, mam fazy, kiedy częściej chodzę do restauracji albo po prostu wywalam kasę na głupoty, ale zazwyczaj tak nie jest. Tym bardziej nie zacznę być rozrzutny w czasie epidemii, kiedy mam solidne obawy o swoje bezpieczeństwo i przyszłość.

Z drugiej strony, zarabia na mnie cały rynek finansowy. Nie wiem, czy więcej niż na bardziej rozrzutnych osobach, ale zdecydowanie jestem klientem banków, które z kolei zatrudniają ludzi do obsługi najróżniejszych klientów, w tym osób oszczędnych. Na dodatek kierują do mnie specjalne oferty kont oszczędnościowych, lokat, używając różnych form marketingu, więc chyba są ze mnie pieniądze. Ale być może gospodarce bardziej przydałby się rozrzutny Michał niż oszczędny Michał.

Mam wrażenie, że dla niektórych przedstawicieli szeroko rozumianej klasy średniej w tej chwili przesadny altruizm może skończyć się źle. Rynek pracy jest bardziej niepewny niż zwykle, to, co się dzieje w tej chwili w polityce to temat na kolejny wpis, więc musimy przede wszystkim chronić siebie i swoje rodziny. Co, jeżeli za miesiąc okaże się, że i dla mojego stanowiska zabrakło miejsca? Czy będę cieszył się, że dopóki mogłem, wspierałem lokalne biznesy zamiast niezwłocznie zacisnąć pasa?  Znam osoby, które pracują w korporacjach i dużych firmach, które już teraz boleśnie dotyka ten kryzys. No właśnie, korporacje. Wydaje mi się, że znacznie więcej zaniechań jesteśmy w stanie wybaczyć małym firmom prowadzonym przez przysłowiowych Kowalskich niż wielkim molochom. Już kilka razy słyszałem komentarze, że wielkie korporacje pierwsze ustawiają się w kolejce po wsparcie zamiast naruszyć swoje rezerwy, albo że rządy powinny przede wszystkim pomagać obywatelom, potem małym firmom, a dopiero na końcu korporacjom.  Nie wiem, jak to działa w praktyce, ale spróbuję na chwilę pobawić się w adwokata diabła.

Nie wiem jak wielkie pieniądze mają korporacje. Przypuszczam, że niewyobrażalne. Ale mają też bardzo dużo pracowników, biur, fabryk. Jeżeli korpo przestanie przynosić zyski podczas tymczasowego przestoju, nie ma na utrzymaniu jednego lokalu i kilku pracowników. Ma kilkadziesiąt lokali i kilkadziesiąt tysięcy pracowników. Jest też zapewne jednym z tych trybików, które potrzebują najwięcej czasu na jakiekolwiek zmiany. A przecież 90 procent samolotów nagle po prostu przestało latać. Zapotrzebowanie na usługi korpo z rynku lotniczego drastycznie spadło. Nagle. Nawet jeżeli mają w sejfie mnóstwo forsy, muszą utrzymać nie kilka, a kilkadziesiąt tysięcy ludzi. A trybiki są powolne. Gdybym szefował wielkiej firmie, też od razu biegłbym po pomoc. Bo też rząd powinien pomagać wielkim firmom, małym firmom, poszczególnym obywatelom, a nawet artystom. Kompleksowo. Wszystkim. W końcu jeśli nie pomoże mi osobiście, będę się cały czas bał o przyszłość. Jeśli nie pomoże mojej korporacji, wielu z nas może zostać zwolnionych, trybiki tej wielkiej rynkowej machiny zatrzymają się i będzie bardzo ciężko na nowo ją rozkręcić. Rząd musi pomóc kompleksowo.

A co do artystów, to na samym początku kwarantanny irytowały mnie doniesienia o ich niedoli. Przecież zarabiają kokosy, mogą tworzyć w domu, niech zaczną pracować nad nową książką albo płytą. Niech piszą scenariusz, albo po prostu korzystają z zarobionych dotychczas milionów. Myślę, że sformułowanie artysta jest bardzo w tym kontekście niewłaściwe. Przywołuje od razu skojarzenia z gwiazdami – przynajmniej u mnie. Od razu wyobrażam sobie ocierającą łzy banknotami Edytę Górniak, Krzysztofa Krawczyka, Blankę Lipińską czy Stevena Spielberga. Tylko, że artyści to nie tylko super sławne gwiazdy, to też osoby, które osiągnęły taki sukces, że mogą przestać pracować w inny sposób, ale milionów nigdy nie zdobędą. W internecie artystami często nazywa się też po prostu freelancerów lub mikro przedsiębiorców, którzy świadczą klientom trochę bardziej artystyczne usługi. Weselnego DJa, fotografa, a nawet muzyków zatrudnionych (nie mam pojęcia jakie są typowe formy zatrudnienia) w filharmoniach, teatrach, operach. A skoro już o tym mowa, każdy koncert Krzysztofa Krawczyka też przecież wiąże się z pracą mnóstwa ludzi – od inżynierów akustyków, budowlańców, przez marketingowców i grafików, po PR, ochroniarzy i serwis sprzątający. Możnaby sięgać dalej, do producentów nagłośnienia, fabryki używanych do budowy sceny elementów… Wszystko jest powiązane i oni wszyscy mają teraz duży problem. Tak, tarapaty artystów to zdecydowanie nie jest wystarczający określenie. Dziwiłem się te trzy tygodnie temu. Teraz myślę, że to rozumiem znacznie lepiej.

Za to w Internecie ludzie dziwili się przez weekend innej rzeczy. Jaki sens ma to, że mieszkamy razem, śpimy w jednym łóżku, ale nie możemy pójść razem na spacer? Te zasady są nielogiczne. Farsa. Bzdura. Ale przecież celem Szumskiego było sprawienie, że Polacy przestaną spędzać czas poza domem. Proste. Ale rząd nie mógł nagle powiedzieć, że jednak wyjście na świeże powietrze nie jest nam potrzebne. Nie po tym, jak zrobiono cały ten szum wokół spacerowania po lesie. Jak tutaj sprawić, żeby Polacy zostali w domu? A, odbierzmy spacerom przyjemność. Większość osób, które nie są singlami, nie chodzi na długie, samotne spacery. Chodzi parami. To nie to samo, jak jedno pójdzie w prawo, a drugie w lewo. Ja już nie mam ochoty spacerować. Rząd skutecznie mnie do tego zniechęcił. Przecież nie będę chodził sam. A przy okazji, policja ma bardzo proste kryterium zatrzymywania osób na zewnątrz. Ktoś jest sam? W porządku. Dwie osoby obok siebie? Mandat. Proste. Bo przecież celem nie jest sprawienie, że nie zarazimy nikogo oprócz najbliższych. Celem jest maksymalna izolacja społeczna i minimalizowanie liczby zarażeń. 

A to, co innego robi od wczoraj rząd, to już zupełnie inna bajka i pewnie w najbliższych dniach będę wylewał z siebie strumień fatalnych obaw dotyczących obecnej sytuacji politycznej, a przynajmniej tego, co z niej do mnie dociera. Paskudne rzeczy.

Jak zawsze, nie jestem w stanie wyczerpać tematu, ani skupić się na jakimś pojedynczym elemencie. Przepraszam. Ale próbuję i będę nadal się starał. Mam wrażenie, że w momencie publikacji ten wpis jest już w cholerę nieaktualny, ale przecież: epidemia i przeciwdziałanie związanemu z nią kryzysowi gospodarczemu powinno być naszym jedynym problemem w tym okresie. Niestety nie jest.