Kilka słów o marketingu

Mogłem już o tym wspominać: nie lubię marketingu. Ale sprawy są, jak zwykle, znacznie bardziej skomplikowane niż by się wydawało na pierwszy rzut oka. Spróbuję w tym wpisie zmierzyć się z tym tematem. W efekcie będzie on na pewno pokazywał moje postrzeganie tego tematu, moje odczucia, na pewno nie będzie to żadne pełne, naukowe omówienie marketingu. Na studiach potrzebują na to pięć lat, do cholery! Zacznijmy od kilku przykładów, które obrazują mój stosunek do tej gałęzi przemysłu.

Bill Gates wspominał kiedyś (dokładną sytuację opisuje w książce: Innowatorzy Walter Isaacson), że Microsoft reklamował swój system operacyjny hasłem, które sugerowało, że jest to w zasadzie jedyny dostępny wybór. Pokazywało, że de facto Microsoft jest monopolistą. Któregoś dnia jeden z prawników Microsoftu zabronił używania tego hasła reklamowego. Istniało ryzyko, że zwróci na to uwagę urzędu antymonopolowego i firma wpadnie w kłopoty. Bill Gates podsumowywał, że tego typu haseł reklamowych lepiej używać kiedy nie są prawdą. 

Rola prawdy i kłamstwa w społeczeństwie to temat na zupełnie inny wpis, jeśli chcielibyście, żebym napisał, co o tym sądzę, dajcie znać w komentarzach. (a mówiłem, że nie będę tego robił…) Pewnie i tak będę chciał o tym napisać, ale komentarze nie zaszkodzą:) W każdym razie, ta anegdota pięknie pokazuje czym jest marketing. A raczej czym nie jest. Nie jest prawdą. 

Kupiłem (zachęcony minirecenzją w Gazecie Wyborczej – do tego wrócimy) kiedyś książkę pod tytułem “Advertising for people who don’t like advertising” autorstwa agencji reklamowej KesselsKramer. Jest tam między innymi omówiony przykład akcji reklamowej dla hostelu, który dostawał bardzo negatywne komentarze na bookingu. Ekipa marketingowców uznała, że skoro jest to jeden z najgorszych hosteli na świecie, nie ma co reklamować go jako zwykłego hostelu, trzeba nagłośnić najgorszy hostel. W kampanii pokazywano wybite okna, brud, graffiti, otoczone płotem kosze na śmieci…. W niedługim czasie hostel doczekał się mnóstwa klientów, a komentujący w internecie rozczarowani byli co najwyżej tym, że nie było tak źle, jak się spodziewali. 

Fajna historia, pokazująca potęgę ludzkiej kreatywności? Owszem. Ale pokazuje również, że ten sam produkt można sprzedać zmieniając oczekiwania ludzi na jego temat. Czy hostel stał się lepszym miejscem noclegowym dzięki tej kampani? Nie, był tak samo zły lub jeszcze gorszy. Po prostu ktoś namówił ludzi, żeby przyjechali do miejsca z beznadziejnymi ocenami i żeby im to sprawiło frajdę. Ale sam lokal pozostał tak samo zły.

Byłem parę lat temu na konferencji, podczas której jedną z prezentacji przedstawiał pan marketingowiec, starszy typ, bardzo doświadczony. Opowiadał o kilku kampaniach, które wykonywała jego firma, zajmująca się tematem kompleksowo – od badań rynku, po konkretne akcje.. Robili reklamy dla producenta piwa, który to samo piwo pakował do trzech różnych butelek i pozycjonował w trzech segmentach cenowych. Kampania miała skłonić klientów do kupienia piwa w droższej butelce. Po kampanii spadła sprzedaż tańszego piwa, a wzrosła sprzedaż piwa droższego. Sukces. Prezenter mówił o tym zupełnie otwarcie. Takie było założenie, taki był cel. Jedno piwo, trzy różne opakowania i trzy różne ceny. Opowiadał również o kampanii, której celem było zwiększenie liczby turystów odwiedzających, bodajże, Budapeszt. Wykonano badania i okazało się, że odbiorcą reklam powinny być żony i matki, które decydują, gdzie cała rodzina pojedzie na wakacje. A wcześniejsze reklamy adresowawane do mężczyzn i, co gorsza, podkreślały, że Budapeszt jest znakomitym miejscem wyjazdów dla singli szukających rozrywki. Wprowadzono nowe reklamy, pokazujące miasto jako miejsce przyjazne dla rodzin, bezpieczne i z mnóstwem atrakcji dla dzieciaków… i bum! Liczba turystów wzrosła.

Ale to nadal był ten sam Budapeszt. Tak samo przyjazny dla rodzin przed i po kampanii.

Rozumiecie gdzie widzę problem?

Spróbuję roboczo zdefiniować marketing, tak jak ja to rozumiem. 

Marketing to wszystkie działania, które mają zbudować w odbiorcach takie skojarzenia z produktem, które zmaksymalizują zysk producenta. 

Wieloblog.pl

Jak to jest realizowane?

Niektóre reklamy biorą produkt i stawiają go obok atrakcyjnej modelki albo atrakcyjnego modela. Często robią to janusze reklamy ale najczęściej przedstawiciele przemysłu modowego.

Dla tych ostatnich często nie wystarcza fizyczna atrakcyjność. Najlepiej, żeby modelem byli aktorzy lub inne gwiazdy. Wtedy skojarzenia wzmocnione są dodatkowo przez markę danego modela lub modelki. Od razu przychodzą do głowy drogie zegarki lub perfumy, w których podstawowym motorem sprzedaży będzie reprezentująca je gwiazda. Ambasadorzy marki muszą pokazywać się również z danymi produktami na uroczystościach i w codziennym życiu. 

Czasem zamiast atrakcyjnej osoby reklama stara się pokazać atmosferę i emocje, które masz połączyć z danym produktem. Dobrym przykładem będą tutaj reklamy samochodów. Jasne, pokazują z wielu stron produkt, ale większość reklamy pokazuje styl życia, który ma ci się z tym konkretnym samochodem kojarzyć. Nie kupujesz Mercedesa, kupujesz luksus, nie kupujesz jeepa, kupujesz przygodę. Nie bez powodu jedna reklama może skupiać się na jeździe po bezdrożach, a inna na zapakowaniu całej, uśmiechniętej rodziny na wakacje. A to przecież mogą być bardzo podobne samochody, po prostu odbiorca reklamy jest inny.

To samo zresztą robią reklamy elektroniki użytkowej. Samo kupno zegarka sportowego nie sprawi, że zaczniesz odnosić sukcesy w sporcie, a mogłoby się tak wydawać po obejrzeniu reklam. Stylem życia sprzedaje się laptopy, tablety, telefony, zegarki. Reklamy elektroniki i samochodów łączy też co innego. 

Marki i produkty mają slogany, które starają się osiągnąć ten sam efekt. Zerkam na oficjalną stronę apple i kurcze, slogany obecnie dostępnych produktów niekoniecznie mówą ci jaki to jest produkt. Zgadnijcie, jaki produkt reprezentuje dany slogan:

Pro cameras. Pro display. Pro performance.
Just the right amount of everything.
Your next computer is not a computer.
Twice the speed. Twice the storage.
Light. Speed.
With great power comes great capability.
The best for the brightest.
Pretty. Freaking powerful.
Incredible power at an incredible value.
Small in size. Big on Capability.
Magic runs in the family.

Apple.com

Przyznam, że wymieniłem znacznie więcej haseł, niż planowałem, bo bardzo mi się podobają. Z tłumu wybijają się na pewno slogany podstawowego IPada (Our most popular IPad) i Apple Watch (The #1 smartwatch in the world. Times two). Przy okazji, znakomitym przykładem reklamy sprzedającej emocje, nastrój i styl życia jest kultowa reklama “Here is to the crazy ones” i sam stary slogan firmy: Think Different

Spodobało mi się sprawdzanie sloganów, więc powtórzmy eksperyment dla kilku marek samochodów:

Way of life!
The best or nothing.
Sheer driving pleasure.
You do the maths.
Passion for life.
The power of dreams.

oficjalne strony marek samochodów.

Nie ma sensu tego ciągnąć. Wiecie, do czego zmierzam. Celowo nie dopisałem do jakich firm należą slogany. Oprócz ujmująco prostolinijnej Dacii, która faktycznie ma chyba tańsze samochody, nie ma szans stwierdzić czy to mercedes czy BMW dają ci sheer pleasure, passion czy power. Ale jak usłyszysz slogan w setkach reklam, zobaczysz go na tuzinach billboardów, może zostać z tobą na dłużej. Razem z emocjami, które te same reklamy starają się w tobie wywołać.

Te emocje to gra warta świeczki i w zasadzie reklamowy maraton. Każdy instynktownie rozumie dlaczego każdy iphone nazywa się iphone, każde auto od BMW będzie miało logo BMW w reklamach i bezpośrednio na produkcie, a uznany autor książek rzadko publikuje kolejny tom pod pseudonimem. Każda reklama i każdy produkt pracują na siłę danej marki, a emocje, które do nich czujemy przydadzą się przy kolejnej premierze. Oczywiście, firma może chcieć eksperymentować albo wypuścić produkt kierowany dla nowej grupy odbiorców, albo udać, że na rynku jest większa konkurencja. Wtedy może stworzyć nową markę i zabawa w budowanie wizerunku zaczyna się od nowa – dla kolejnej marki. Na przykład, ostatnio kilka razy czytałem, że xiaomi wypuszcza część produktów pod różnymi nazwami i markami.

Tak jak powiedziałem, reklamy samochodów i elektroniki pokazują również sam produkt. Ale zawsze pokazują konkretne cechy, które firma chce podkreślić. W tym samochodzie jest dużo poduszek powietrznych, tamten ma mocny silnik, a jeszcze inny dużo miejsca. Ale to nie znaczy, że w tym bezpiecznym samochodzie nie może być dużo miejsca, a w tym z dobrym silnikiem nie ma mnóstwa poduszek. Jednocześnie każdy z tych samochodów pewnie ma jakieś swoje wady, których reklama nie pokaże. To nie zmaksymalizowałoby zysku.

Wyolbrzymienie pewnych cech, nawet do granic absurdu jest też wykorzystywane w przemyśle filmowym. Deadpool był reklamowany jako komedia romantyczna i premierował w walentynki, Avengers: Endgame próbował za wszelką cenę tworzyć atmosferę tajemnicy i ukrywać spojlery, Infinity War udawał, że jest w nim więcej Hulka, a Hobbit 3 pokazał w zwiastunach mnóstwo scen, których w filmie po prostu nie było. Z tego co pamiętam, Venom w jednym trailerze udawał horror by w kolejnym stać się komedią, a zwiastuny Suicide Squad podobno reklamowały aż tak różne filmy, że trzeba było mocno modyfikować na sam koniec film, żeby widownia nie była rozczarowana. Cóż, chyba się nie udało. 

Kojarzę jeszcze jedną sytuację z trailerem. Valerian i miasto tysiąca planet, nahypowany film, który zebrał 47% od krytyków i 53% od widzów na rotten tomatoes w jednym ze swoich ostatnich polskich klipów wielkimi literami cytował, że “przekracza wszelkie granice”. Spidersweb, dawca cytatu parę tygodni później opublikował kolejną recenzję, która już w tytule mówiła, że film jest “wyjątkowo przereklamowany”. Żadna z tych recenzji nie jest oznaczona jako materiał sponsorowany, a ten portal chyba raczej tego pilnuje. Wiele osób powiedziałoby więc, że “to nie jest reklama”. Autor po prostu poleca, lub odradza coś, co faktycznie…

A słyszeliście kiedyś o czymś takim jak darmowa reklama? Że lepszy jest negatywny rozgłos niż brak rozgłosu? Producenci i dystrybutorzy w konkretnym celu rozsyłają newslettery, informacje prasowe, egzemplarze recenzenckie i pokazy prasowe. A taki portal, nie dość, że interes kręci się dzięki temu, że mają codzienną porcję nowych treści, nie dość, że stale buduje relację z daną firmą, to jeszcze może skorzystać na tym, że jego adres będzie wyświetlany we wszystkich kinach w Polsce. Win-win. Jasne, większość recenzji, które czytam na portalach technologicznych jest niesponsorowana, ale zawsze na stronie głównej jest też jakaś akcja partnerska. A zgaduję (no bo co ja o tym tak naprawdę mogę wiedzieć), że wypracowana dobra relacja z daną firmą jest tutaj bardzo ważna.

Co do darmowej reklamy i rozgłosu, jakiś czas temu głośno było o tym, że Mandalorian był najczęściej piraconym serialem. Disney doskonale wiedział, że tak będzie gdy decydował się na wypuszczenie swojego VOD tylko na wybranych rynkach.  O serialu było bardzo głośno. Swoją drogą, firmy mogą żądać od pirackich portali zwrotu pieniędzy, które potencjalnie straciły, ale prawda jest taka, że całe mnóstwo ludzi, które wychowało się w Polsce (i na całym świecie) na piraconych grach i filmach teraz kupuje konsole, opłaca abonamenty i chodzi na premiery kinowe. Taki terminator: Mroczne Przeznaczenie obchodził by ich jeszcze mniej, gdyby nie ta zdarta płytka z Terminatorem 3, którą komuś ktoś podrzucił i dzięki której ktoś mógł się dowiedzieć, że istnieje Schwarzenegger. Także ten, Disney swoje zarobi, teraz i na przestrzeni wielu lat.

Mam wrażenie, że marketing tak bardzo wgryzł się we współczesną kulturę, że pozmieniał to jak ludzie postrzegają świat.Na przykład, kiedyś nikt raczej nie mówił, że jest fanem jakiejś firmy, a teraz nie jest to takie rzadkie. Ludzie faktycznie identyfikują się z markami i pozostają im wierni. Inna sprawa – twórcy kanału Napisy Końcowe, który regularnie oglądam, często narzekają na dystrybucję seriali Netflixa. Gdyby były wypuszczane po odcinku, można by dłużej przeżywać historię, dłużej żyć daną produkcją, dyskutować o niej przez kilka miesięcy. Ale oni prowadzą kanał z dyskusjami o filmach i serialach, więc jest im to na rękę. Dla mnie, zwykłego widza, ważna jest historia i dane doświadczenie. Dzięki jednodniowym premierom mam wybór i mogę od razu obejrzeć produkcję w swoim tempie i w swoim czasie. Wydaje mi się, że to jest bardzo prokonsumenckie podejście. A że w efekcie będzie mniej hype’u i emocji? W ogóle mi to nie przeszkadza.

Przy okazji sposób dystrybucji Netflixa też jest jakąś formą marketingu. Wyróżnia ten portal, przyniósł mu rozgłos. Daje mu tych wszystkich casualowych klientów, którzy wykupują jeden miesiąc i oglądają tylko tę głośną premierę. Pamiętam czasy starszych sezonów House of Cards, które jako pierwsze można było oglądać jednym ciągiem. To był dopiero efekt wow. I być jeden z powodów, dla których mam Netflixa (chociaż w moim przypadku raczej chodzi o opłacalność finansową).

Na pewno nie omówiłem tutaj całej gamy różnych zabiegów marketingowych, co najwyżej mały ułamek, ale ładnie pozwala mi to przejść do meritum.

To dlaczego właściwie nie lubię marketingu?

Podstawowy powód jest bardzo, bardzo prosty. Marketing na mnie działa, a ja nie lubię być manipulowany. Irytuje mnie, gdy ludzie mówią, że nie gaszą reklam w telewizji, bo przecież wiedzą, że to jest reklama i z tego powodu to na nich nie działa. A potem w sklepie przy wyborze jogurtu ręka sama idzie w stronę określonej marki.

Może faktycznie istnieją tacy tytani. Ja na pewno nim nie jestem. 

Kupowałem produkty z sympatii do konkretnych celebrytów (ze dwa razy kupiłem krem do twarzy reklamowany przez Hugh Lauriego, bo uwielbiam doktora House’a, zanim zadałem sobie pytanie czemu ktoś przykleja do cholernego kremu twarz zaniedbanego serialowego geniusza? Ku przestrodze?)

Ilekroć widzę epicką muzykę i lecącego nad górami orła, który po chwili zbliża się do jakiegoś SUVa czuję, że to ja powinienem siedzieć za kierownicą. Nic nie szkodzi, że uważam, że do bezdroży należy dojeżdżać, a potem już tylko wędrować lub jeździć na rowerze. Lata budowania przygodowego wizerunku samochodów terenowych zrobiły swoje.

Zanim pojawił się iphone marzyłem o macbooku, teraz sprawiłbym sobie przynajmniej tego najtańszego Ipada, a dzisiaj z głowy nie chce wyjść iphone SE, o którym cały czas myślę jako o tym, na którego w końcu mnie stać, chociaż przecież przekracza mój budżet ponad dwukrotnie. Doskonale wiem, że to przecież jest w zasadzie tańszy telefon, bo nie trzeba go wymieniać co roku. (Niestety wiem też, że telefony za maks 600 zł, z których do tej pory korzystałem starczały mi na 2 – 3 lat, a lg g2 mini z 2014 roku spokojnie służył mi jako telefon zapasowy. W tej chwili korzystam z redmi 4a z 2017 roku, po siostrze, i działa bardzo dobrze.) No nie stać mnie po prostu na to, o to tylko chodzi.

A wracając do meritum, dostałem kiedyś notes kultowej firmy Moleskine, wybieranej przez najbardziej kreatywne umysły. I co? Moje życie nie zmieniło się, nie pisałem więcej. Potem już sam kupiłem sobie kalendarz tej samej firmy. Nie stałem się bardziej produktywny. I tak wiem, że to kłamstwo, że na ipadzie czy macbooku byłbym lepszym blogerem. Lewy bym był, tak jak teraz.

Kiedy obejrzałem filmiki na kanale Jacka Boneckiego, ileś miesięcy polowałem, żeby dorwać LG V30 w dobrej cenie. Nieważne, że wiem, że zanim nie został ambasadorem LG i Fujifilm, robił zdjęcia innymi sprzętami. A, zakup nie udał się, V30 nigdy nie zeszło w normalnych sklepach poniżej 1000 zł. I całe szczęście.

Ile ja książek kupiłem tylko dlatego, że wydanie było ładne. Albo dlatego, że w gazecie lub w necie pojawiła się notka zachęcająca do zakupu. Albo dlatego, że dystrybutor zdecydował się na sprzedaż w niższej cenie w Biedronce. Część z nich przeczytałem, jak wspomniane na początku Advertising… a część leży i kurzy się od trzech lat.

Niektóre elementy marketingu są przedstawiane jako korzystne dla klienta. Promocje są jednym z przykładów, chociaż oczywiście nie te, w których sklep dopisuje nową, wyższą cenę i zaraz ją skreśla. Inna metoda, nowocześniejsza, to coś, co znam jako one click buy. To chyba Amazon wprowadził kiedyś takie świetne ułatwienie dla klientów – dodaj swoją kartę i adres, zaznacz odpowiednią zgodę i tadam – guzik do koszyka właśnie zmienił się w kup. W ten sposób to ty oszczędzasz czas. Już nie musisz mordować się z dodawaniem danych, a każdy ebook, który ci się spodoba może znaleźć się na twoim kindlu po jednym kliknięciu. Postawa iście prokonsumencka. Znacie pojęcie zakupów impulsywnych? Teraz wszystko w internecie może być takim zakupem. Ja jednak wolę, żeby coś mogło powstrzymać mnie przed mało przemyślanym zakupem, i akceptuję fakt, że będzie to przeklikanie płatności. Bo wiem, że mógłbym być niezadowolony z wydatków, gdybym ich nie przemyślał.

W każdym razie, ja po prostu zdaję sobie sprawę, że marketing na mnie działa. Wiele osób mówi, że chce, żeby reklamy w internecie były jak najbardziej spersonalizowane, bo są wtedy pożyteczne. Ja chcę, żeby reklamy, które widzę, skoro już muszę je widzieć, były tak daleko od moich zainteresowań jak tylko się da. Wtedy mam pewność, że nie kupię danego produktu. Im bardziej trafne reklamy, tym skuteczniejsze. A skuteczność nie mierzy się tym jak bardzo reklama pomoże tobie, tylko ile przyniesie zysku.

A ja nie chcę kupować rzeczy, których nie potrzebuję. Nie lubię być manipulowany. Nie chcę, żeby ktoś mi wmawiał, że jestem jeden zakup od wymarzonego stylu życia ani że czegoś potrzebuję. Nie chcę, żeby ktoś mi przypominał, że mogę mieć lepsze, szybsze, sprawniejsze. Nie chcę też, żeby internet wyglądał jak wjazd do Warszawy od południa. Zresztą, nie chcę, żeby wjazd do Warszawy wyglądał tak jak wygląda.

Ale…

Nie uciekniemy od marketingu.

Pisząc ten tekst sam uprawiam marketing, bo przecież z każdym słowem dokładam cegiełkę do marki, jaką jest wieloblog. Parę razy wspomnę, że sprawi mi przyjemność, jeśli ktoś będzie to czytał albo zostawi komentarz. Potem wstawię linka do artykułu na twitterze, łudząc się, że kiedyś ktoś trafi tu w ten sposób, albo uzna, że chce na twitterze dostawać powiadomienia na temat kolejnych artykułów. Albo wręcz zretweetuje:) A wszystko dlatego, że chcę, żeby ktoś to czytał.

No właśnie – można narzekać na reklamy, ale na pewnym poziomie są one niezbędne. Co mi po blogu, na którego nikt nie trafi? Co z tego, że będę miał pod domem piekarnię, jeśli właściciel nie zadba o to, żebym się o tej piekarni dowiedział?  Jeśli urządzi ją w swoim mieszkaniu, bez żadnego szyldu, a jeśli już jakimś cudem ją znajdę, okaże się, że cennik nie istnieje?

Robiąc zakupy często myślę o tym, że ten bardziej reklamowany produkt siłą rzeczy musi być droższy, ponieważ materiały marketingowe kosztują. Ładniejsze opakowanie kosztuje. Automatycznie produkt marki własnej dyskontu będzie tańszy. Zresztą, często zdarza się, że na przykład dwie takie same czekolady są sprzedawane w różnych opakowaniach. Jedna pod marką producenta, a druga pod marką dyskontu. 

Ale czy na pewno marketing zawsze musi negatywnie wpłynąć na cenę? Nie. Jednym z przykładów są promocje. Można się kłócić czy cena zawsze nie powinna być promocyjna… Nie wiem, ale na pewno dobrze, że promocje są. Bardzo pożyteczna rzecz, pod warunkiem, że kupujesz produkty, które faktycznie są ci potrzebne. Jeśli grasz i czytasz o grach komputerowych, na pewno znasz pojęcie kupka wstydu. Sklepy z cyfrowymi edycjami gier regularnie organizują wyprzedaże. Konkretne tytuły można kupić za ułamek oryginalnej ceny. Super! Tylko czemu ludzie kupują tych promocyjnych gier więcej, niż mogą przejść?  W ten sposób powstają kupki wstydu liczące dziesiątki i setki gier, które ktoś kupił, ale nadal nie miał czasu przejść. Ja sam kupiłem kiedyś grę w promocji, za dosłownie kilka złotych. Alan Wake. Pograłem dwie godziny i odłożyłem. Rok później tę samą grę dostałem w gratisie do innej gry tego samego studia. Kolejny rok później gra była za darmo na epicu. Gra fajna, polecam. Oszczędność? Nie sądzę.

Inna sytuacja, w której marketing nie wpływa negatywnie na cenę? Nie znam się, ale wyobrażam sobie, że jeśli ktoś celuje w sprzedaż naprawdę dużych ilości, koszt marketingu rozkłada się bardzo delikatnie na pojedynczych produktach. Jasne, bez reklam, opakowania, logo, skutecznej sieci dystrybucji cena mogłaby być niższa o złotówkę, ale czy ta konkretna firma sprzedałaby jakiekolwiek produkty? Pewnie minimalną ilość. Za parę miesięcy ogłosiliby upadłość i zwolnili pracowników.

Świat jest skomplikowany

Zbliżamy się do wniosków.

Bodajże Tim Ferriss pisał kiedyś, że trzeba wyprodukować coś, a potem sprzedawać z 10- albo 100-krotnym przebiciem. W ten sposób produkt może kupić 10 czy 100 razy mniej osób, a ty zarobisz tak samo. Ani słowem nie wspomniał o tym, że ktoś za stówkę kupi produkt warty dolara.

Gdyby nie było ich stać, nie kupiliby.

Ale czy na pewno? Żyjemy w świecie, w którym nasze potrzeby zostały napompowane. Przemysł modowy (tak zwany fast fashion) usiłuje wmawiać nam, że powinniśmy co pół roku, a nawet częściej wymieniać garderobę. Niektórzy twierdzą, że celowo obniżana jest jakość produktów, żeby zmusić do częstszych zakupów (nie wiem, moje dziesięcioletnie koszule z H&M nadal nie chcą się zniszczyć – temat na osobny artykuł). Rynek elektroniki za wszelką cenę próbuje wepchnąć nam jeszcze droższy telefon, najlepiej co roku nowy. Niektórzy producenci zabawek odkryli, że mogą sprzedać ich więcej i drożej jeżeli skierują reklamę nie do dzieci, ale do młodszych dorosłych i nazwą produkt figurką kolekcjonerską. Na każdym kroku wpycha się nam okazyjne abonamenty na wszystko, tanie, biorąc pod uwagę, że mamy dostęp do tysięcy tytułów (to nic, że nadal oglądamy parę filmów tygodniowo). 

Jeśli kogoś faktycznie na to stać, bardzo dobrze. Ale widzę mnóstwo ludzi, którzy nieźle zarabiają, ale i tak nie są w stanie zaoszczędzić na poduszkę finansową na wszelki wypadek. Płacą po kilka abonamentów, kupują drogie gadżety na raty. Widzę ludzi, którzy mają całe kolekcje funkopopów, grają w magic the gathering. I super, ale zanim dasz się porwać tsunami marketingu, zadbaj o swoje bezpieczeństwo. A niestety, nikt nie ma w tej chwili żadnego sprawdzonego sposobu jak radzić sobie z marketingiem – wypadkową wielu dziedzin, zaprojektowaną tak, aby maksymalizować zysk.

Za wszelką cenę zachęca się nas do kupna czy do kliknięcia. Przygotowywałem na studiach prezentację o tym, jak na przestrzeni dziesięciu lat zmienił się Internet. Znalazłem porady na temat pisania tytułów artykułów. Wcześniej radzono, żeby tytuł dokładnie przedstawiał temat tekstu, żeby nikt nie miał wrażenia, że czyta coś, co go nie interesuje. Żeby nie było słów-śmieci, typu interesujące, niesamowite…. A teraz dokładnie to jest w większości tytułów – nieważne czy dobrze odzwierciedla treść, ważne, żeby ktoś kliknął (ja też to robię, kilka słów… haha, mam was). W sprzedaży jest to samo. Poczynąc od tego, że ludzi kupują tematyczne pudełka z nieznaną zawartością, po fakt, że jeansy, które kupujesz na zdjęciu są pokazane w całej stylizacji, z przystojnym modelem i dodatkowym opisem, który chwyta za serce. Powiecie, że bez modela nie zobaczę jak leżą? Niestety, ubrania nigdy nie leżą na mnie jak na zdjęciu, o dupę roztrzaść dla mnie taka wizja.

Ale czy każdy marketing jest zły? Zdecydowanie nie. Po prostu jesteśmy zalani taką ilością złego marketingu, że dominuje on w moim postrzeganiu tego problemu. Ale żadna firma bez marketingu się nie uchowa.

A to oznacza, że jest on potrzebny, żebym trafił na te rzeczy, które faktycznie są mi potrzebne, ale także, żeby ludzie mieli pracę. U producentów, którzy dzięki temu mogą zatrudniać coraz więcej ludzi, w agencjach reklamowych, które mają coraz więcej projektów do wykonania, w MPO, bo ludzie wyrzucają coraz więcej opakowań, w przemyśle tytoniowym i alkoholowym, bo ludzie odkrywają że kupowanie shitu nie przynosi im szczęścia i wracają do bardziej sprawdzonych metod…

Pojechałem. Jak doskonale widzicie, mam wiele emocji związanych z marketingiem, ale sam temat zdecydowanie mnie przerasta. Jeśli macie coś wynieść z tego tekstu, to to, że zanim zaczniecie wydawać pieniądze, upewnijcie się, że jeśli coś się stanie (np. epidemia), to macie odłożone pół roku czy rok wszystkich waszych wydatków na czarną godzinę. Jeśli nie macie, może warto na początek zadbać właśnie o to zamiast kupować kolejną (nie)potrzebną rzecz.

A z marketingiem jest jak ze wszystkim – w odpowiednich rękach i w odpowiednim zakresie jest bardzo ważnym i pożytecznym narzędziem, a w nieodpowiednich rękach bardzo łatwo może być nadużywany. 

Ps. Jeżeli gdzieś się pomyliłem, potraktowałem kogoś niesprawiedliwie, bardzo przepraszam. Jak widzicie, temat budzi we mnie bardzo duże emocje i jest dla mnie ważny. Starałem się omówić go jak najbardziej przekrojowo, ale, tak jak pisałem, piszą o tym całe książki. A to tylko wpis.