Jak nie promować bloga, czyli moje doświadczenia po roku pisania

Zajrzałem wczoraj na Google Analytics i okazało się, że koronawirus pozytywnie wpłynął na statystyki tego bloga. W ciągu ostatniego tygodnia pojawiły się aż 4 odsłony starego wpisu o przechowywaniu warzyw. Nie widzę innego wytłumaczenia niż to, że ktoś naprawdę zdesperowany znalazł go w google. A nawet cztery ktosie.

Ewentualnie ktoś mógł natrafić na mój komentarz pod jakimś innym artykułem dotyczącym tego tematu. Ale o tym za chwilę…

Jak widać na zrzucie ekranu, w ostatnim kwartale Wieloblog odwiedziło 71 użytkowników. Od założenia bloga było to 223 użytkowników, czyli średnio 44 osoby na kwartał. Tak naprawdę cieszy mnie taki wynik. Jasne, chciałbym, żeby to miejsce było popularne i w ogóle, ale… serio? Przy moim nakładzie pracy? Może kiedyś:)

W każdym razie, myślę, że ten wynik pozwala mi uznać się za eksperta w zakresie nieskutecznej promocji bloga. Postaram się poniżej podsumować co starałem się robić, żeby zwiększyć popularność mojego miejsca w sieci, z jakich narzędzi korzystałem, jakie popełniłem błędy i jakie wyciągam wnioski na przyszłość.

Ale najpierw powiem, jakie miałem założenia zakładając bloga.

Po pierwsze, bardzo podobał mi się styl długich artykułów, które można znaleźć w części blogosfery. Długie, dogłębne analizy tematu, teksty, po przeczytaniu których dociera do ciebie, że nie pomyślałeś do tej pory o jakimś aspekcie omawianego tematu. Coś takiego chciałem osiągnąć i nie wiem, czy mi się to udało. Za to na pewno napisałem tutaj kilka wpisów na ponad 1000 słów, co uważam za swego rodzaju osiągnięcie.

Po drugie, najbardziej namacalnym dla mnie kryterium popularności danej strony internetowej jest występowanie pod wpisami komentarzy.  Zakładając bloga marzyły mi się dyskusje na kilkadziesiąt komentarzy pod wpisem. W tej chwili na blogu jest jeden komentarz, chociaż było ich chyba ze trzy zanim usunąłem Disqusa. O tym jeszcze za chwilę.

Po trzecie, Od początku planowałem, że będzie tu więcej autorów. Nie mam w sobie żadnej żelaznej dyscypliny, która byłaby potrzebna, żeby zrobić tętniącą życiem stronę. Zapał mam raczej słomiany, co pewnie widać po tym, że parę razy do roku w krótkim czasie wrzucam kilka wpisów i milknę na kilka miesięcy. Z autorami nic nie wypaliło. Oficjalnie nie jestem tutaj jedynym autorem, ale jestem jedyną osobą, która cokolwiek opublikowała. Próba zwerbowania trzeciej osoby do tego projektu skończyła się shakowaniem bloga przez jakiegoś upiornego bota. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy po miesiącu zajrzałem na stronkę i zobaczyłem tysiąc artykułów po angielsku, na rozmaite tematy. Dość powiedzieć, że czwartą najpopularniejszą w ostatnich siedmiu dniach podstroną jest tajemniczy błąd 404 pochodzący artykułu o seksie, którego wcale nie napisałem. Cóż, trzeba było nie przesyłać koledze loginu i bardzo, ale to bardzo prostego hasła na messengerze. I tak jest to być może najciekawsze doświadczenie z mojego blogowania. Ale następnym razem hasło będzie musiało być trudniejsze i przekazane w bardziej sensowny sposób. Może napiszę je na soli rozsypanej na stole.

Po czwarte i ostatnie, nie lubię powiadomień wypychanych, banerów zachęcających mnie do zapisania się do newslettera i obowiązkowego zdania na końcu artykułu, żeby koniecznie, koniecznie, koniecznie napisać w komentarzu: “jak tobie podoba się to i to”. Powiadomienia i newslettery to temat na inny wpis, a prośba o komentarz, chociaż czasami bardzo fajna, to najczęściej wydaje się obowiązkowym, wrzuconym na siłę, dodatkiem, a nie intencją autora. Coś jak youtuberzy, którzy w każdym filmiku przypominają, żeby kliknąć to, tamto i jeszcze wpaść na patreona. Cóż, może jeśli sam zacznę kiedyś zarabiać w ten sposób, to zacznę tak robić. Na razie nie mam youtube’a, ale sam już zacząłem dodawać odezwy o komentarze. Bezskutecznie:) Wracając do meritum, zakładając bloga wiedziałem, że nie chcę na siłę dopraszać się ludzi o to, żeby zostali ze mną i “nigdy nie przegapili nowego posta”. Jeśli będę pisał wystarczająco interesująco, to ktoś polubi moją paplaninę i sam wróci. Chociaż wiele bym dał, żeby każdy mój artykuł pojawiał się na jakiejś stronie głównej jak za dawnych czasów joggerów i bloxów. 

Ale wiedziałem, że duża część (często mówi się, że większość) pracy blogera to nie samo pisanie tekstów. To promocja, SEO, optymalizacja, rozgłaszanie, że blog istnieje. Że o ile ktoś może bez namolnego zachęcania na bloga wrócić, to nikt o zdrowych zmysłach, kierowany natchnieniem, nie znający wcześniej tego adresu, wpisze w przeglądarce: “wieloblog.pl” Wiedziałem, że aby cieszyć się jakimikolwiek czytelnikami muszę jakoś do nich dotrzeć. I że to będzie wymagało ode mnie jakiegoś dodatkowego wysiłku.

Co zrobiłem (nie tak)?

Założyłem, że skoro ja lubię komentarze, to spróbuję pokazywać nazwę bloga na innych stronach. I tak założyłem profil na disqus i napisałem 92 komentarze, raczej staranne, na różnych blogach, i, głównie, portalach o technologii, które są moim głównym internetowym guilty pleasure. W różnych poradnikach jest napisane, że blogerzy czytają blogi, znają wartość komentarzy i często wracają i komentują u swoich komentatorów, taki like4like. Cóż, taki efekt udało mi się osiągnąć może w kilku procent przypadków, raczej nie jest to skuteczna taktyka. Dowody rzeczowe zniknęły z mojego bloga wraz z disqusem (a mówili, że wszystko się bezproblemowo przenosi…). Komentowanie w nadziei, że inni komentujący dadzą się zaintrygować moimi błyskotliwymi przemyśleniami i fajną nazwą bloga też nie zdało egzaminu. Jasne, czasami widziałem, że po wrzuceniu komentarza jest jakiś odwiedzający, ale nie była to reguła. Z moich amatorskich obserwacji wynika, że najlepiej zdają egzamin odpowiedzi na czyjeś komentarze i wdawanie się w dyskusję. To chyba zwiększa szansę, że ten jeden komentujący będzie mnie chciał obczaić. Ale:  8 listopada 2019, w rekordowym momencie gdy stronę odwiedziło 37 osób (trudno w to uwierzyć, być może jest to jakiś błąd), ostatni napisany przeze mnie artykuł pochodził jeszcze z wakacji, a ostatni mój komentarz z października. 

Na pewno nie jest tak, że rzucanie komentarzami jest jakąś super skuteczną metodą pozyskiwania czytelników. Na pewno jest to metoda bardzo pracochłonna. Wymaga przeczytania często długiego tekstu, którego być może w normalnych okolicznościach byś nie czytał (bo kto chce czytać 20 recenzji jakiegoś pojedynczego filmu?), i napisania komentarza, który będzie coś wnosił. A to przecież nie jest łatwe, przecież najczęściej znajduje się blogi osób, które potrafią pisać i mają coś konkretnego do powiedzenia. Nie jest łatwo trafić (tym bardziej w tych czasach, kiedy blogosfera nie bije rekordów popularności) na początkujące blog. A, teraz nie wiem, czy w oparciu o jakiekolwiek obserwacje, być może po prostu w oparciu o zdrowy rozsądek, wydaje mi się, że najskuteczniej zasada wzajemności komentarza będzie najbardziej skuteczna wśród początkujących blogerów. Nie wiem. 

Widząc, że moje genialne metody nie działają, przez jakiś czas próbowałem przejmować się SEO. Zacząłem ustawiać tagi, kategorie i snippety, wrzucać od czasu do czasu jakiś link w artykule (nadal to robię) i edytować tekst zgodnie z zaleceniami wtyczki w wordpressa. Za dużo strony biernej, za mało nagłówków, za mało razy powtórzona kluczowa fraza. Czy ja mam stracić swój indywidualny głos dla google’a? I to zaraz po tym jak udało mi się w końcu wyciągnąć kij z dupy? Bez sensu. Nie wiem. Wiem tylko, że jak wpiszecie w google “spider-man far from home recenzja wieloblog”, to nie znajdziecie mojego tekstu o tym filmie, a google zapyta czy przypadkiem nie chodziło o “wieloblok”. I co? I bardzo dobrze. Bo napisałem post, z lekkim zadęciem i manierą gimnazjalisty, ale szczery, opisujący to, co faktycznie czułem. I jeśli SEO ma być słabe, bo nie dałem odpowiedniego tytułu, nie zmieniłem swojego stylu na jeszcze prostszy i nie wstawiłem między każdy akapit nagłówka: “spider-man daleko od domu recenzja – bla bla”, to niech tak będzie. Przynajmniej delikatne poczucie żenady mam z powodu własnych braków, a nie dostosowywania się do algorytmów zamiast do ludzi.

Ale pamiętaj, jeśli chcesz wypromować bloga, pamiętaj o SEO i pisz na tematy, które ludzie faktycznie mogą googlować. I używaj takich słów, jakich ludzie mogą użyć, żeby znaleźć te informacje.

Kolejną moją blogową porażką są serwisy społecznościowe. Oprócz Disqusa do wczoraj byłem tylko na jednym, bloglovin, o którym w kilku miejscach czytałem, że jest przydatny. Niestety nie rozumiem, do czego służy, co zdecydowanie utrudnia mi korzystanie z niego. Z Facebooka itp prywatnie korzystam w ilościach szczątkowych, więc trudno byłoby mi wykorzystać moje prywatne konta do reklamowania tego projektu. Poza tym, mam raczej wysokie wymagania wobec siebie (a przy tym dobrze się znam), więc nie chciałem zaraz na początku ogłaszać wszem i wobec, że założyłem bloga. Wiedziałem, że mam słomiany zapał i może mi się szybko znudzić. Bałem się. I, prawdę mówiąc, nadal się boję. Ale prawdopodobnie, jeśli chcesz założyć i szybko rozwinąć bloga, powinieneś pochwalić się wszystkim znajomym, wrzucać info o każdym wpisie na face’a, insta, twittera, i co tam jeszcze, zapisać się do grup dla blogerów, a co bardziej nieinternetowym znajomym (i znajomym znajomych) przypominać o swoim nowym artykule bardziej bezpośrednio. A, i koniecznie założyć fanpage. Tak mówi cały internet i, co najważniejsze, zdrowy rozsądek.

I cóż, skoro ja po prostu nie lubię facebooka i boję się powiedzieć dalszym znajomym, że coś robię. Nigdy nie mów nigdy, ale szanse na to, że kiedykolwiek założę fanpage są niewielkie. Za to wczoraj przystosowałem mojego prywatnego, raczej żenującego twittera do roli twittera blogowego. Co prawda z niego też nie wiem jak korzystać, ale na razie plan jest taki: jak będzie nowy wpis, twitnę. Może nawet twitnę jak wpisu nie będzie. Dopóki mi się nie znudzi na kolejne trzy lata. (Mój cykl twitterowy faktycznie wynosi 3 lata. 2014-2017-2020).

I ostatnia, najważniejsza moja porażka jak chodzi o promocję bloga: 25 wpisów w rok. 25 wpisów to może być miesięcznie, w najgorszym wypadku kwartalnie. A w rok? To 2 wpisy miesięcznie. Nawet gdybym trąbił o sobie na prawo i lewo i miał fanpage na facebooku, ludzie nie zapamiętaliby tego bloga z prostego powodu – nie ma na nim co czytać.

No to tyle jeśli chodzi o podsumowanie moich rocznych doświadczeń z blogowaniem. Udało mi się zrobić to jeszcze w pierwszym kwartale, co jest sukcesem, chociaż to przecież nie jest nawet prawdziwe podsumowanie roku. Tyle, cześć.

Ps. Na koniec ciekawostka – zrzut ekranu z Yoast SEO tego wpisu: