Pamiętnik z kwarantanny 1, czyli gdzie mieszkasz?

Przeglądając wczoraj blogosferę (na youtubie nie mogłem już nic interesującego znaleźć) zobaczyłem wczoraj poruszający wpis Zwierza Popkulturalnego pod tytułem: Rozumiem Cię.

I to skłoniło mnie do myślenia, a przynajmniej do zadania sobie kilku pytań.

Zwierz pisze między innymi:

Ludziom, którzy pracują w domu wciąż przypomina się, że ktoś jeździ do pracy.
Zarabiających poucza się o kryzysie który nadejdzie.
Spacerowiczów wyzywa się od cichych morderców.

zpopk.pl

I tak dalej, i tym podobne. Wkleiłem tutaj parę przykładów, które mogłyby odnosić się do mnie. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że bardzo słabo wpływa na moje życie stan epidemii. Mam ogromne szczęście, bo pracuję w korporacji, która już ponad dwa tygodnie temu kazała mi pracować z domu, ale nie wprowadziła jeszcze atmosfery zagrożenia zwolnieniami. Ba, powiedziałbym, że ogólny nastrój dotyczący naszego zatrudnienia jest raczej entuzjastyczny, z czym sam byłbym raczej ostrożny. W każdym razie, od dwóch tygodni siedzę w domu, z przerwami na zakupy (do trzech razy w tygodniu) i spacer (codziennie minimum półtorej godziny). I tak sobie siedzę, jem śniadanie, pracuję, jem obiad, sprzątam, idę na spacer, czytam książkę, gram na komputerze i oglądam Netflixa czy Youtube’a.

Tak mi mija dzień za dniem. Czasem ktoś zadzwoni, czasem trzeba pójść jeszcze na zakupy. Momentami może i robi się trochę nudnawo, i w ten właśnie sposób trafiłem na wspomniany artykuł. Ale o tym jeszcze za chwilkę.

Wiem, że wiele osób jest w znacznie gorszej sytuacji. A nawet ci, którzy nie są, potencjalnie mają przerąbane. Widmo recesji, rosnącego bezrobocia, upadków małych firm i redukcji dużych. Ryzyko, że nawet jak nie ja, to ktoś z mojej rodziny lub znajomych się zarazi.

Mam nadzieję, że to jasne, że nie próbuję tutaj bagatelizować sytuacji zdrowotnej ani gospodarczej całego świata. To nie jest czas na refleksję nad życiem, rozwój i cieszenie się tym, co mamy. Nie bardziej niż każdy inny czas. To jest czas na postępowanie według wyjątkowych przepisów narzucanych dla naszego bezpieczeństwa przez państwo, To jest czas na jeszcze większą izolację od innych, jeśli tylko wydaje ci się to niezbędne. I siłą rzeczy to jest czas, w którym siłą rzeczy jeszcze więcej naszej codziennej aktywności przenosimy do internetu.

I tutaj wróćmy do artykułu Zwierza Popkulturalnego. Byłem zaszokowany czytając ten tekst. Nie doświadczyłem niczego, o czym autorka napisała. Mimo że kilka zdań trafnie mnie opisuje (regularnie oszczędzający, pracujący z domu spacerowicz, który nadal zarabia i nie musi wsiadać do autobusu, nie martwi się na zapas i nie widzi wielkiej, poza zmianą miejsca wykonywania pracy, zmiany w swojej codzienności, a na domiar złego uważa szybkie działanie rządu za dobrą decyzję), to nikt nie miał jeszcze do mnie o to pretensji. Nie trafiłem na żaden tekst krytykujący moje nawyki, moją pracę, moją sytuację. Po raz pierwszy o tym zjawisku (ludzi krytykujących w czasie epidemii wszystko i wszystkich) dowiedziałem się właśnie z tego artykułu. Jasne, wiem, że internet jest napędzany przez dyskusję i polemikę. Ale nie zauważyłem, żeby to zjawisko zmieniło się w jakikolwiek sposób z powodu epidemii, mimo że spędzam w internecie jeszcze więcej czasu niż zwykle. Mimo że codziennie zaglądam do jakichś materiałów dotyczących obecnej sytuacji i lubię przejrzeć również komentarze.

Po trochu myślę, że bierze się to z faktu, że nie ma mnie na mediach społecznościowych. Jasne, mam facebooka, na którego zaglądam raz na kwartał, z Instagrama korzystam głównie do wrzucania własnych zdjęć w sezonie fotograficznym (w sensie latem); Twittera kiedyś założyłem, ale mój zapał skończył się po kilku postach. Jest jeszcze Disqus, którym chciałem wypromować tego bloga, ale to temat na zupełnie inny tekst…

Ale chciałbym wrócić do Facebooka. Pierwszą, dosyć oczywistą myślą po przeczytaniu o tej wszechobecnej krytyce, polemice i niezrozumieniu jest: “za dużo internetu”. Ale to nie tłumaczy, czemu ja nie doświadczam tego samego. Przypominam, z internetu korzystam w czasach zarazy jeszcze więcej niż zwykle. Średnia z ostatnich siedmiu dni to 5h:23m. Dlaczego więc Zwierz (i mnóstwo komentujących pod jej wpisem) ma takie negatywne wrażenie? Podejrzewam, że odpowiedzią może być Facebook i inne media społecznościowe. 

Nie znam się, ale wydaje mi się, że większość tego niezrozumienia odczuć można w komentarzach. Kiedy ja czytam jakiś artykuł, bardzo lubię przeczytać komentarze pod nim. Czasem nawet wracam, żeby zobaczyć czy dyskusja się nie rozwinęła. Ale to zawsze są tylko komentarze pod wpisem. Jeśli wejdę na dowolną tradycyjną stronę internetową, odpalę jakiś artykuł, widzę konkretne proporcje. To, co robi gospodarz strony jest ważniejsze od komentarzy czytelników. Tekst jest wyżej, opatrzony dużym nagłówkiem, zdjęciami. I przede wszystkim, jest znacznie dłuższy od typowego komentarza. Na Facebooku ta różnica między oryginalną publikacją a komentarzem się zaciera. Teksty w mediach społecznościowych bardzo często są tylko zajawką jakiegoś artykułu ukrytego pod linkiem, a nawet jeśli ktoś publikuje tylko w mediach społecznościowych, takie wpisy są zazwyczaj krótsze niż na tradycyjnych stronach internetowych. Twitter jest jeszcze lepszym przykładem tej zasady. Tutaj i autor, i komentujący, muszą zmieścić się w takim samym limicie znaków.W efekcie komentarze mogą stać się ważniejsze niż oryginalna treść. A jako, że dyskusja sprzyja wzmacnianiu i polaryzacji opinii, może to doprowadzić do sytuacji, w której trolle, awanturnicy i niedzielni bojownicy o własną rację wchodzą z buciorami w życie czytelnika znacznie bardziej niż ktokolwiek by sobie tego życzył.

Powtórze jeszcze raz – nie znam się i to są tylko moje dywagacje. Ogromny sukces i popularność tego bloga może być ilustracją tego, jak bardzo nieudolnym jestem użytkownikiem internetu (ponownie, to temat na zupełnie inny artykuł). Ale być może dlatego moja opinia może być wartościowa – przedstawia inną perspektywę. W każdym razie, mam w głowie taką oto analogię.

Wyobraźcie sobie Stasia, który idzie chodnikiem i z kimś rozmawia. Ktoś ich mija i mówi: “Przypadkiem usłyszałem waszą rozmowę i nie mogę nie dodać od siebie…” Staś na to patrzy na gościa i mówi: “Nie znam cię typie. Proszę nas nie zaczepiać.”  I Idzie dalej. Tak wygląda prawdziwe życie. A w mediach społecznościowych, jak sobie robię na własnym balkonie grilla i gadam swoje głupoty, to po chwili pod blokiem ustawi się tłum ludzi, którzy gadają więcej i głośniej.

Jako że bardziej lubię zadawać pytania, o których sądzę, że powinny zostać zadane niż udzielać odpowiedzi, na tym dzisiaj skończę swoje rozważania.

Ps. Tak mnie nastroiło to wszystko, że sam reaktywuję mojego starego Twittera. Wszystko, co do tej pory tam wrzuciłem jest żenujące, może teraz się to zmieni, ale wątpię…  Koniecznie zaobserwuj! (Tak się mówi na Twitterze?)

Pps. Zapraszam, a jakże, do komentowania:)