The Rise of Skywalker po seansie. (Bełkot na szybko)

A jednak. Zapowiadałem, że nic nie napiszę. Niespodzianka. Właśnie wróciłem z kina i muszę dać upust emocjom. Będzie krótko, ale wtekście mogą znaleźć się informacje, które można uznać za spojlery.

W skrócie – straszny bajzel, ale mi się podobało.

Film ma najbardziej pokręcony trójkąt miłosny w historii kina. Mówię trójkąt, ale no wiecie. Troje ludzi, cztery droidy, potem dodatkowa trójka i jeszcze ta nieszczęsna Rose kręcąca się gdzieś po planie filmu. Wyobrażam sobie, że aktorka starała się jak mogła przypadkiem wchodzić w kadr i jak tylko widziała, że szykuje się jakieś ujęcie, skakała i krzyczała “Ja, nie zapomnijcie o mnie”. Jest jej bardzo mało w stosunku do Last Jedi, a szkoda.

Anakin AKA Vader umarł na darmo. Palpatine pociąga za sznurki, chociaż sam wygląda jak kukła. Generalnie problem z Rise of Skywalker jest taki, że niewiele rzeczy ma sens. Fabuła nie ma sensu. Zwroty akcji nie mają sensu. Kilka razy w filmie dzieje się coś smutnego, wzruszającego, niespodziewanego, tylko po to, żeby dosłownie kilka minut później to odkręcić. Bohaterowie przechodzą przemiany na przestrzeni pojedynczych scen, umierają, odradzają się i umierają ponownie w ciągu kwadransa. Scenariusz był chaotyczny, rozwój postaci miejscami przeczył sam sobie, a obecności głównego antagonisty w filmie nikt nie próbował nawet tłumaczyć.

Może to i lepiej. Bo między wspomnianym trójkątem były takie pokłady chemii jak rzadko kiedy. Bo pretekstowa fabuła, dziury fabularne i błędy logiczne pozwoliły na stworzenie pięknych scenerii. Bo nie brakowało ani strzelanin w kosmosie, ani przygody, ani walk na miecze świetlne, ani widowiskowych prezentacji mocy. I to wszystko w wykonaniu postaci, które już dawno zdążyłem polubić. Bo cameo były super. Bo kosmitów było mnóstwo.

Największy problem Rise of Skywalker

Twórcy Rise of Skywalker obiecywali zakończenie całej sagi, ale nikt chyba nie wierzy w to, że nie będzie kolejnego filmu o Rey, Finnie i Poe. Niestety film skończył się dokładnie tak, jak Powrót Jedi. Imperator jest pokonany, główni bohaterowie świętują. Nie ma w tym zakończeniu żadnych elementów sugerujących, że saga jest zakończona, ale bohaterowie mogą powrócić we własnych historiach. Bardzo brakuje mi takiego elementu. A wystarczyłoby wrzucić króciutki dialog w stylu: “imperium zostało pokonane. Znowu. Co teraz?” I chociażby mikro sugestia, że cała galaktyka jest do odkrycia, że ktoś chce wrócić w rodzinne strony albo zwiedzić świat, zostać farmerem… Cokolwiek. A tak mam wrażenie, że ewentualna kolejna część może równie dobrze znowu powtarzać całą historię.

Oczywiście dostaliśmy jeszcze scenkę po napisach przed napisami, w której Rey jest na Tatooine, ale nie sugeruje to w zasadzie nic. Chciałbym po tym filmie moc spodziewać się jakiejś kontynuacji, która nie będzie totalną powtórką z rozrywki. Niestety, nie mogę.

Najbardziej gwiezdnowojenny film ever

Rise of Skywalker wygląda jak wysokobudżetowy fanfik stworzony przez ludzi, którym żal było pożegnać się z anulowanym projektem. Bardzo się cieszę, że mogłem ten fanfik zobaczyć.

I tylko Kylo żal.

Ps. Grafika pochodzi z oficjalne strony Star Wars.