Mandalorian (wrażenia po dwóch odcinkach)

Bardzo trudno jest mi wyrazić moje uczucia po obejrzeniu dwóch odcinków Mandaloriana. Nieprawda, uczucie jest bardzo proste, jestem bardzo rozczarowany. Ciężko jest mi to uzasadnić. Ale spróbuję.

Serial jest nakręcony w taki sposób, że bardzo podobałby mi się w jednej z dwóch sytuacji. Gdyby był starym serialem, który oglądam jak Zorro z lat pięćdziesiątych (uwielbiam), albo gdyby był serialem animowanym, jak chociażby Clone Wars albo Dragon Ball. Oglądając Mandaloriana mam wrażenie, że twórcy cofnęli się w rozwoju o kilkadziesiąt lat. 

Jasne, serial jest ładnie nakręcony, scenografię robią wrażenie, efekty specjalne są znakomite, wszystko ocieka klimatem Star Wars, co chwila pojawiają się nawiązania do starej trylogii i kina nowej przygody. Na papierze wszystko jest cacy. Ale oglądając serial nic nie gra. Bohater jak na razie jest całkowicie umowny. Reszta pionków jest rozstawiona niedbale. Werner Herzog jest kosmicznym nazistą, Nick Nolte jest kosmicznym indianinem, gdzieś w sąsiedztwie jest gildia Mandalorian i westernowa twierdza pełna kosmicznych rewolwerowców. Znowu, to wszystko brzmi fajnie, ale podczas seansu wygląda bardziej jakby ktoś upchnął w przypadkowy sposób jak najwięcej zabawek i mówił, że to kompetentny świat i historia.

I stąd moje skojarzenie ze starymi serialami i animacjami. Gdybym usiadł do oglądania z tym specyficznym podejściem, przygotowany na niedociągnięcia spowodowane konkretnym medium, byłbym zachwycony. Nie zawracałbym uwagi na niedociągnięcia fabularne, skróty myślowe, szablonową akcję i rozmaite nieścisłości. Skupiłbym się na budowie świata, fajnych pomysłach, easter eggach i co zabawniejszych żartach. Gdyby to była animacja, prawdopodobnie byłbym zachwycony Mandalorianem. Prawdopodobnie obejrzałbym też najwyżej dwa odcinki. Ale że jest to serial i to do tego pierwszy serial w uniwersum Gwiezdnych Wojen, obejrzę całość, ale prawdopodobnie już do końca będę narzekał. A jeśli nie, to na pewno dam znać. 

A teraz spojlery, czyli kilka przykładów rzeczy, które mi przeszkadzają.

Nie ma Jedi, Skywalkerów i tego wszystkiego, co sprawia, że moje serce bije mocniej. Konrad Kozłowski pisał na Antyhttps://antyweb.pl/the-mandalorian-recenzjaweb.pl, że “Porzucenie wątków walki dobra ze złem, ogromnych konfrontacji, bitew oraz pojedynków Jedi i używania mocy to najlepsza decyzja, jaką można było podjąć.”  Po pierwsze, pozbycie się kwintesencji serii wcale nie byłoby dobre, a po drugie, jak pokazuje drugi odcinek, nikt się mocy w tym serialu nie pozbył.

Potwór wyskakujący tuż przed lunetą działał w Nowej Nadziei, kiedy przygoda przytrafiła się nastolatkowi, ale tutaj mamy do czynienia z kozakiem, jednym z najlepszych łowców nagród w galaktyce. Chyba powinien poradzić sobie lepiej.

Trzech szturmowców chroniących Herzoga. Bardzo się zdziwię, jeżeli Herzog nadal będzie w swojej siedzibie kiedy Pedro Pascal wróci z małym Yodą. W trailerze pokazano trzy hełmy szturmowców nabite na pale. Przypadek? Nie sądzę. Myślę, że siedziba klanu głównego bohatera też może już nie być w tak dobrym stanie jak w pierwszym odcinku. Mam nadzieję, że się mylę.

Jest wiele innych rzeczy. Czemu protagonista raz radzi sobie niesamowicie dobrze, a potem bardzo słabo? Skąd biorą się zlecenia na zabicie małego Yody? Czemu w pierwszym odcinku po planecie da się podróżować tylko na wierzchowcu, a w drugim już na wiele różnych sposobów? Czemu drugi odcinek jest w zasadzie fillerem? Wszystko to bardzo mnie w Mandalorianie zawodzi.

PS. Patrząc na nazwisko Filoniego i w zasadzie półgodzinny format odcinków zaczynam się zastanawiać czy Mandalorian w jakimś oryginalnym założeniu faktycznie nie miał być serialem animowanym.

Grafika pochodzi z tej strony.