Ciemno, prawie noc. Kilka przemyśleń po seansie

W niedzielę miałem okazję zobaczyć najnowszy film Borysa Lankosza. Ciemno, prawie noc to próba przeniesienia na ekran nagradzanej powieści Joanny Bator pod tym samym tytułem. Próba nieudana, ponieważ  bezceremonialnie spłyca i wycina obecne w książce wątki układając kadry w skondensowany do minimum kolaż. Poniżej przedstawiam kilka moich przemyśleń na temat filmu. Uwaga – tekst składa się prawie wyłącznie ze spojlerów. 

Jeśli czytasz książkę i są w niej drastyczne rzeczy, to wszystko rozkłada się w czasie. Nie tylko czytasz 400-stronicowa powieść znacznie dłużej niż oglądasz film, ale po wyjątkowo obrzydliwej scenie w każdej chwili możesz odłożyć lekturę na później i dać sobie czas na przetrawienie tego, co przeczytałeś. Ponadto, książka nie sprowadza się do pojedynczego wątku. Historie pedofilii przeplatane są dobrymi wspomnieniami, poznawaniem pozytywnych osób, które starają się pomóc głównej bohaterce, obserwacjami społecznymi, opisem pracy reportera czy po prostu przemyśleniami bohaterki. Ale w filmie zabrakło miejsca na to wszystko. Zostały tylko wątki pedofilskie w rodzinie bohaterki i i u porwanych dzieci. Jakby tego było mało, w filmie bardzo dokładnie pokazano kolejny wątek pedofilski, tym razem dotyczący dziadków i rodziców jednej z porwanych dziewczynek. Miałoby to sens, jako dodatkowe podkreślenie motywu przechodzenia okrucieństwa z pokolenia na pokolenie, ale bestialstwo, które przydarzyło się Kalince z jej rodzicami nie miało przecież nic wspólnego, więc analogia wcale nie jst trafiona. Kilka dodatkowych wątków, które scenarzyści zdecydowali się zostawić to relacja seksualna bohaterów, pokazanie stalkera, który znęca się nad zwierzetami i dziwne zachowania Mareczka, którego osobowość została ograniczona w zasadzie wyłącznie do tej dewiacji. Na pewno nie zostawiono tych wątków dla równowagi i dania oddechu między kolejnymi drastycznymi scenami. Jedyną rzeczą w filmie, która może pełnić taką funkcję jest pozostawiony wątek chłopca, który, jak się okazuje pod koniec, wcale nie został porwany. W książce ten element historii zdecydowanie pełnił funkcję odskoczni od strasznego losu pozostałych dzieci i stanowił niepasująca do reszty ofiar cegiełkę podstawioną do wątku kryminalnego. 

W filmie jednak wątek kryminalny jako taki wcale nie istnieje. Bohaterka spotyka się parę razy z opiekunami zaginionych dzieci, ale nie sprawia wrażenia, żeby interesowało ją co tak naprawdę się z nimi stało. Rozwiązanie zagadki pojawia się nagle i jest podane na tacy, a raczej na ekranie tabletu.

Wracając do usuniętych wątków, z jakiegoś powodu twórcy zdecydowali się konsekwentnie pokazywać, że bohaterka codziennie biega. Jednak w filmie tworzy to jedynie okazje do spotkania stalkera lub kociar, ale w żadnym wypadku nie jest potrzebne fabularnie. A przecież w książce był to wątek, który prowadził do pewnego konkretnego rozwiązania. Był ważny i doprowadzony do końca.

W efekcie przez ponad półtorej godziny oglądam na ekranie rzeczy na przemian straszne i obrzydliwe. A przecież film potępiałby pedofilię nawet gdyby zdecydowano się zostawić tylko jedną z płaszczyzn. Jeśli twórcy koniecznie musieli skupić się na przeszłości bohaterki, mogli zastąpić oryginalny wątek reporterski czymś lżejszym. Ja sam wybrałbym jednak inną drogę. Odpuściłbym przeszłość i pozwolił w pełni wybrzmieć wątkom obyczajowym i reporterskim, lub zostawił obie te warstwy usuwając wszystko to, co niepotrzebne. Po co film zaczyna się jak bardzo wierna adaptacja, pokazując rzeczy takie jak przyjazd do miasta pociągiem lub wypożyczenie samochodu, skoro potem odchodzi od oryginału? Za cenę przeszłości rodziców Kalinki, wątku stalkera, romansu, rybaka i być może zaginionego chłopca, uproszczenia wątku Anny Lipiec i usunięcia kilku drastycznych scen gwałtów (a przecież mówi się, że najstraszniejsze jest to, czego nie pokazuje się dosłownie) na pewno starczyłoby czasu na wątek obyczajowy i tchnięcie życia w fabułę poprzez ukazanie kilku bardzo ciekawych postaci drugoplanowych. A film zyskałby na tym zarówno jako ekranizacja, jak i samodzielny byt.

Nie mam nic do zarzucenia technikaliom, grze aktorskiej, zdjęciom ani muzyce. Nie były ani wyjątkowo dobre ani złe, chociaż widziałem, że część osób bardzo krytykuje konkretne elementy. Dla mnie ten film to przede wszystkim bezmyślnie pocięta historia, z której zdecydowano się usunąć wszsytko to, co w oryginale najbardziej wartościowe. Film, na który po przeczytaniu książki bardzo czekałem, okazał się ogromnym rozczarowaniem.

Ps. Plakat filmu pobrałem ze strony dystrybutora.