Captain Marvel

Ten film spłynął po mnie jak po kaczce. Zastanawiałem się nawet czy jest sens pisać o nim artykuł. Spróbuję, chociaż będzie krótko.

Filmy Marvela oglądam głównie z sympatii do bohaterów i całej serii, ale w ostatnim czasie było kilka rzeczy, które mi się naprawdę podobały. Spiderman, Thor Ragnarok i Strażnicy Galaktyki to filmy, które bardzo lubię i które dają mi nadzieję, że MCU rozwija się i jest coraz lepsze. Być może to moja wina, że szybko zapominam te słabsze produkcje i patrzę na cykl filmów przez pryzmat kilku ulubionych części. Chciałem napisać tutaj zdanie w stylu: “Captain Marvel przerywa dobra passę Marvela,” ale przecież to byłaby wierutna bzdura. Filmy, które wymieniłem powyżej pochodzą z 2014 i 2016 roku. Z całej serii lubię też Civil War i Infinity War, ale te części przekonują mnie emocjami, które wywołują, a nie jako samodzielne filmy wysokiej jakości. Ostatnim filmem MCU był przecież Antman and the Wasp, który… No właśnie, chyba już nikt nie pamięta jaki to był film. Nie można mówić o dobrej passie w kontekście innym niż finansowy, chyba że dobra passą byłby już sam brak zupełnych porażek.

A Captain Marvel? Captain Marvel – pomijając ten czynnik, który sprawia, że jest wyjątkowy – to typowy film MCU. Trochę humoru, generyczna fabuła i sympatyczna bohaterka. Dużo efektów specjalnych, ale nic, co można zapamiętać. Nawet kosmos, który przecież w poprzednich filmach był miejscem pasjonującym i ciekawym, teraz stał się tłem dla standardowych statków kosmicznych i gości w stonowanych mundurach. Kot. Za rok będziemy pamiętali tylko kota.

Captain Marvel nie jest ani gorszy ani lepszy niż kilkanaście innych filmów w MCU. Pomysł filmu wyróżnia się, w końcu jest to pierwsza część z główną bohaterką, ale wykonanie jest rozczarowujące. Film sprawia wrażenie, jakby poza odtwórcami głównych ról składał się z występów gościnnych. Tu pojawi się Jude Law, tam migną twarze znane ze strażników galaktyki albo agent Coulson. A na koniec bohaterowie znajdują tesserakt. Do tego jak na film, którego fabuła opiera się na odnajdywaniu własnej tożsamości przez bohaterkę, dowiadujemy się o jej pochodzeniu zaskakująco mało. Dlaczego eksplozja wpłynęła na Carol tak, jak wpłynęła? Jeżeli zostało to wyjaśnione, to musiałem przegapić ten moment, ale w moim odbiorze przypomina to trochę sytuację Petera Quilla, który na końcu swojego pierwszego filmu okazał się czymś więcej niż tylko człowiekiem, tylko że tutaj właśnie człowieczeństwo Carol jest stale podkreślane. Spodziewam się, że za kilka lat dowiemy się czegoś więcej o jej pochodzeniu w znacznie bardziej udanej produkcji.

Film dał mi kilka zabawnych scen, fajną relację między dwójką bohaterów, najsilniejszą osobę w MCU i niewiele więcej. Będę bardzo czekał na występ Carol Danvers w kolejnych częściach. Jeżeli celem było pozostawienie w widzach niedosytu i rozbudzenie apetytu przed kolejnymi częściami, to udało się w stu procentach. Jeżeli jednak film powinien bronić się samodzielnie, to twórcy ponieśli porażkę na całej linii.

Ps. Zdjęcie pochodzi z oficjalnej strony Marvel.com.