Kilka Słów o Kulturze Slow

Ten artykuł chciałbym poświęcić pojęciom takim jak kultura slow i uważność. Obawiam się jednak, że nie obejdzie się bez przydługiego wstępu. Zapraszam.

Pomysł na ten post przyszedł mi do głowy jakieś dwa lata temu po lekturze pewnego bloga, którego nazwy celowo nie będę tu wymieniał. W sąsiednich artykułach znalazłem informacje, które  były całkowicie sprzeczne ze sobą, a przecież, jak mniemam, miały przedstawiać punkt widzenia autorki. Artykuły były publikowane w krótkim odstępie czasu, więc nie sądzę, żeby poglądy autorki zdążyły się tak drastycznie zmienić. Wkurzyło mnie to i po przeczytaniu tekstów od razu pomyślałem o napisaniu prześmiewczego artykułu, który wyolbrzymiłby i przejaskrawił zjawisko kultury slow. To właśnie jej pośrednio dotyczyły tamte irytujące artykuły. Dwa lata temu nie miałem jednak bloga, więc nie zrealizowałem pomysłu. Jednak, jak widzicie, trzyma mnie do dzisiaj i tak oto powstaje ten tekst. Chciałem wrzucić tutaj garść absurdalnych rad, jak na przykład sugestię zatrzymywania się kilkadziesiąt kilometrów od celu w drodze na wakacje, żeby pozostałą odległość odbyć na piechotę.

Ale tak naprawdę  wyśmiewanie kultury slow mija się z celem. O ile bardzo wkurza mnie bezmyślne pisanie artykułów bez najmniejszej próby odniesienia obserwowanego zjawiska do szerszych, wyznawanych przez siebie wartości, to sama kultura slow przynajmniej w pewnym stopniu jest raczej dobrym zjawiskiem i wcale nie chcę jej krytykować. Zamiast wyśmiewać ją, może powinienm napisać poniżej o tym, co skłoniło mnie do przemyśleń, a potem postaram się pokrótce streścić, co ja sądzę na temat kultury slow.

Celowo nie będę tutaj zamieszczał linków do bloga, na którym czytałem te irytujące artykuły. Nie chcę nikomu szkodzić ani robić na złość. Równocześnie jestem pewny, że moje narzekanie to dla wielu osób najzwyklejsze czepialstwo. Ale to każdy może ocenić sam. Do rzeczy.

Pierwszy artykuł radził, żeby jedząc, skupić się wyłącznie na potrawie i tej czynności, żeby nie rozpraszać się oglądaniem telewizji, słuchaniem radia czy czytaniem. Drugi artykuł ze zdumieniem komentował, że podczas jazdy autobusem międzymiastowym wielu pasażerów nie zajmowało się oglądaniem filmów, słuchaniem czegoś lub czytaniem, a po prostu marnowało czas i patrzyło w okno. Dla mnie różnica w podejściu i postrzeganiu podobnego przecież zachowania jest uderzająca. Nie chodzi mi o to, że którakolwiek z tych rad jest zła. Wręcz przeciwnie, warto czasem wykorzystać czas, tym bardziej jeśli dużą część dnia spędza się w różnych środkach komunikacji. To samo można powiedzieć o uważności w trakcie jedzenia. Podobno jest to bardzo wartościowe. Ale jednocześnie oba artykuły mówią o tym samym zjawisku. Jeżeli ktoś dla ekonomicznego wykorzystania czasu zaleca czytanie książki podczas podróży, powinien zrozumieć ludzi, którzy czytają przy jedzeniu i którzy zazwyczaj właśnie oszczędnością czasu to uzasadniają. I na odwrót, jeżeli ktoś zachęca do pełnego skupienia się na jedzeniu, ponieważ to jest zdrowe i naturalne, powinien doceniać ludzi, którzy podczas podróży skupiają się na fakcie przemieszczania się, chłoną otoczenie i pozwalają swobodnie płynąć myślom. A przecież podczas takiej podróży międzymiastowej pokonujemy dystanse szalenie trudne do przebycia jeszcze kilkaset lat temu, i do tego  w zawrotnym tempie. Czy nie jest tak, że jedna osoba może ćwiczyć uważność podczas jedzenia, a inna podczas podróży? Mam wrażenie, że to jest takie bezmyślne chwalenie modnego zachowania (kto z nas nie słyszał o zaletach skupiania się wyłącznie na jedzeniu) i krytykowanie zachowania, które nie jest modne. I oczywiście, ktoś może uważać, że rezygnacja z innych zajęć podczas krótkiego posiłku jest pożyteczną praktyką, ale podczas kilkugodzinnej podróży rezygnacja z ulubionej lektury czy serialu to już marnotrawanie czasu. Ale ile kosztowałoby autora wspomnienie o drugim punkcie widzenia?

Jak już zapewne wiecie, w moim ogólnym rozumieniu kultura slow (a przynajmniej ten jej wycinek, do którego odnoszę się w tym artykule) oznacza koncentrację na pojedynczej czynności i stoi w opozycji do czegoś, co roboczo nazwałbym kulturą odbioru, czyli słuchania, czytania lub oglądania jakichś treści podczas wykonywania innych czynności.

Wydaje mi się, że warto ograniczać ten ciągły odbiór danych. Chociaż podczas zwykłego spaceru po mieście zasypuje nas ogrom bodźców – inne osoby, samochody, witryny sklepów, widoki, zapachy, dźwięki – to wiele osób decyduje się jeszcze zwiększyć ten natłok puszczając radio, słuchając muzyki lub podcastów albo nawet przeglądając w biegu internet. Nie wiem, co na to naukowcy i nie potrafię znaleźć żadnych wyników badań, które poparłyby moją opinię, ale mogę przedstawić dowód anegdotyczny z własnego doświadczenia. Ja zazwyczaj w drodze do pracy słucham podcastów. Jest ku temu jeden powód: w czasie słuchania nie nudzę się i szybciej mija mi czas. Dokładnie ten sam mechanizm wykorzystuję, gdy muszę posprzątać w domu lub coś ugotować. Wszystkie nudne obowiązki robią się przyjemniejsze gdy w tle słucham jakiegoś wywiadu lub wykładu. W ten sposób jest mi raźniej i łatwiej mi się zabrać za proste, powtarzalne czynności. Ale mam wrażenie, że czasem po prostu przesadzam i moje słuchanie podcastów, na początku pożyteczne, bo ułatwiało mi zabranie się za coś, teraz staje się szkodliwe. Myślę, że dzieje się tak, ponieważ poza wszystkimi bodźcami, które docierają do mnie z otoczenia, dokładam zbyt wiele dodatkowych. a mój umysł przestaje sobie radzić z ich skutecznym przetwarazniem. Pracuje na pełnych obrotach, i mam wrażenie, że żeby sobie poradzić, dodatkowo nie tylko przestaję zwracać uwagę na wiele rzeczy, które dzieją się dookoła mnie, nie tylko nie jestem w stanie powtórzyć ostatniego zdania, które usłyszałem w słuchawkach, ale także wytłumiam bodźce pochodzące ode mnie samego. Jak gdybym zakładając słuchawki automatycznie nastawiał się  się na odbiór. Przeładowany umysł najpierw zaczyna skupiać się na temacie, o którym słucham, coraz bardziej ograniczają się do analizy docierających do mnie informacji, a w końcu i za tym nie nadąża. 

Gdy zdarza mi się pójść do pracy bez słuchawek, jestem zdumiony ile myśli kotłuje mi się w głowie. Czuję się wtedu zupełnie inaczej, niż kiedy mam słuchawki na uszach. Różne obowiązki, mimo, że mijają szybciej gdy czegoś słucham tak naprawdę zajmują mi mniej czasu gdy się na nich skupię. Tutaj każdy może sam określić jakie ma priorytety, ale myślę, że to bardzo ważne, żeby czasami pozwolić sobie na chwilę nudy, na pozornie bezproduktywne patrzenie się w okno czy spacer bez radia lub muzyki. Dlaczego? Mam co do tego pewną teorię.

O ile do pewnego stopnia da się zachować równowagę, i, na przykład iść ulicą i rozmawiać na raz, wyobrażam sobie, że mózg przy większym natężeniu bodźców zaczyna działać jak klasyczna krótkofalówka i przełącza się między dwoma niezależnymi trybami. Albo nadaję, albo odbieram. Na pewno nieraz każdemu z nas zdarza się tak utonąć we własnych myślach, że się na kogoś lub na coś wpadnie. Po prostu włączył się tryb pełnego nadawania i mózg przestał rejestrować co się dzieje na zewnątrz. I tak samo działa to z odbiorem. Dobra książka lub film mogą sprawić, że nie zapominamy, że świat na ekranie to tylko fikcja. I o ile pochłanianie treści może być świetną rozrywką, źródłem inspiracji lub przemyśleń, albo sposobem na uporanie się z jakimś nudnym obowiązkiem, to przypuszczam, że ograniczanie się do ciągłego odbioru treści z ewentualną przerwą na sen nie jest dla nas zdrowe. Pamiętajmy, że czasem warto przestać słuchać, czytać lub oglądać, niezależnie od tego, czy akurat jemy czy jedziemy autobusem. I znowu (właśnie psuję sam sobie puentę), myślę, że jeżeli ktoś funkcjonuje stale w trybie nadawania i w rezygnuje z czytania książki czy obejrzenia filmu, więcej pożytku przyniesie otwarcie się na odbiór treści niż zamknięcie w ciemnym pokoju bez okien, żeby maksymalnie ograniczyć bodźce.

Trzeba po prostu zachować równowagę. Tak myślę.

Ps. Grafikę Fancycrave pobrałem z serwisu Unsplash.