Taniec w Sutannie: Król Lear

Na początek kilka słów wyjaśnienia. Chodzę do teatru rzadko. Jest mi z teatrem tak bardzo nie po drodze, że zabłądziłem i omal nie spóźniłem się na przedstawienie. Prawdopodobnie to, co przeczytacie poniżej to stek bzdur, ale postaram się na ile potrafię opisać moje wrażenia i uczucia po spektaklu. Aha, tekst zawiera spoilery.

Kiedy podjęliśmy decyzję o wyjściu do teatru, nic nie wskazywało na to, że będzie to wieczór pełny niespodzianek. Król Lear zapowiadał się w moim mniemaniu na raczej konserwatywny Szekspirowski spektakl. To była zwykła zimowa środa.  O godzinie dziewiętnastej przekroczyłem próg Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. I po raz pierwszy tego wieczora zdziwiłem się. W teatrze czekało mnóstwo ludzi. Gdy już znaleźliśmy się na widowni, starszy pan siedzący obok powiedział do swojej żony:
– Widzisz, pełna sala.

I miał całkowitą rację. Widownia była wypełniona po brzegi. Za to scena wydała mi się dziwnie mała. Na jej końcu zobaczyłem rozwieszony ekran, na którym wyświetlone było zdjęcie czyjejś twarzy. Coś jeszcze mi nie pasowało – nigdzie nie było kurtyny. Cóż, rzadko chodzę do teatru, więc pewnie mam dosyć stereotypowe wyobrażenie na ten temat. Kurtyna pewnie nie jest tak obowiązkowym elementem wystroju jak mi się dotychczas wydawało. Przedstawienie jeszcze się nie rozpoczęło, a ja właśnie w duchu postanawiałem nie dziwić się więcej, kiedy dowiedziałem się o jeszcze jednym drobnym fakcie.
– Aktor, który grał główną rolę zmarł. Nie zastąpili go nikim innym.
– Ale jak to? Kiedy to się stało?
– A w dwa tysiące szesnastym. Czytałam, że jest nagrany dźwięk i obraz czy coś.

Moje postanowienie legło w gruzach, ale przynajmniej wyjaśniła się sprawa zdjęcia twarzy na ekranie. Może nagranie aktora odtwarzającego główną rolę będzie cały czas wyświetlane? Z drugiej strony, zaraz zacząłem sobie wyobrażać mgłę zalegającą na scenie i niemal holograficzny wizerunek aktora rzucany w dym z rzutników. Nagle, bez żadnych dodatkowych zapowiedzi, bez przypomnienia o wyłączeniu telefonów zgasły światła. Zabrzmiał krótki dzwonek i “ekran” opadł. Okazało się, że to lekka zasłona, za którą ukryta była reszta  głębokiej sceny i już przygotowani na rozpoczęcie spektaklu aktorzy. Zabrzmiała muzyka, którą określiłbym jako bardzo nowoczesną. Aktorzy (nie muszę chyba dodawać: “ku mojemu zaskoczeniu”) byli ubrani w sutanny i stali w półkolu przed tronem trzymanym przez kilka kolejnych osób. Tron był pusty. Kolejno, powolnym krokiem, aktorzy w sutannach podchodzili do tronu i klękali, po czym wracali na swoje miejsce w szeregu. A potem wszyscy zgromadzeni na scenie rytmicznie ruszyli do tyłu, w stronę widowni, kiwając się na boki. Na prawo krok, na lewo krok i powolutku do widowni. Trwało to jakieś dziesięć minut.

To być może dobry moment na krótki opis fabuły sztuki. Nie będę kopiował tutaj informacji z Wikipedii, tylko przytoczę kilka faktów, które zapamiętałem po seansie. O ile dobrze zrozumiałem, sztuka opowiada o królu, który zestarzał się i jest na granicy szaleństwa. Pragnie zejść z tronu i przekazać władzę komuś ze swojego licznego potomstwa. Jak zapowiada, tak robi, ale i tak wszystko nadal kręci się wokół niego. W międzyczasie skazuje córkę i syna na wygnanie, pojawia się spisek, żeby zabić następcę tronu, córka wraca na dwór jako pół błazen, pół wieszcz, spiskujący syn zostaje żebrakiem, a w najbliższym otoczeniu byłego już króla pojawia się służący, który… nadal nie wiem kim jest i skąd się wziął.

Wracając do pierwszej sceny, nagle wszyscy aktorzy zamarli i rozległ się donośny głos pochodzący znikąd. To odezwał się król, który pierwotnie miał siedzieć na tronie. Okazało się, że jego głos został nagrany, a na dwóch
umieszczonych po obu stronach sceny, otoczonych ramami ekranach wyświetlane jest zdjęcie aktora. Nici z zamglonych hologramów. Głos króla wzywał jego córki. Okazało się, że dwie z trzech córek odgrywało dwóch starszych panów, przy czym jeden z nich mówił bardzo szybko, a drugi powoli i miał ogromne, szumiaste wąsy. Trzecia córka była młodą kobietą w sutannie.

Tak naprawdę spektakl kupił mnie kolejną sceną. Muzyka na chwilę ucichła, a wszyscy oprócz jednego aktora opuścili scenę. Nagle zabrzmiał nowy utwór, a aktor zaczął tańczyć. Okazało się, że aby oddać swoje emocje, najmłodszy z potencjalnych następców tronu zakasał sutannę i wykonał skomplikowaną choreografię do muzyki pop. Tak pląsającego księdza nie widziałem od czasów gdy wikary w “Czekoladzie” z miotłą w rękach śpiewał piosenki Elvisa Presleya.

Być może właśnie mój brak przygotowania do spektaklu sprawił, że moje wrażenia są bardziej pozytywne. Jeżeli miałbym w kilku słowach podsumować przedstawienie, powiedziałbym, że to był przerost formy nad treścią. Jednak mi ta forma dosyć się podobała. Dałem się zakoczyć wszystkiemu, co dzieje się na ekranie i na bieżąco starałem się wszystko interpretować. Dlaczego król, ubrany w strój papieża i otoczony wianuszkiem księży wciąż zwraca się do nich per “córko” i “synu”? Dlaczego poszczególnym postaciom nadawano typowo angielskie tytuły? Dlaczego zmieniono scenografię, ale nie zmodyfikowano dialogów? Chociaż później przeczytałem, że akcja sztuki została przeniesiona w realia współczesnego Watykanu, ponieważ to ostatni bastion władzy absolutnej pochodzącej bezpośrednio od Boga, myślę, że pole do interpretacji jest większe i bardziej dowolne, tym bardziej, że spektakl odwoływał się nie tylko do chrześcijańskiej symboliki.

Nie będę nawet próbował podołać zadaniu interpretacji sztuki. Nie zdradzę również jej zakończenia. Po prostu nie potrafię. Mi logiczny sens tego, co widzę na scenie uciekł po pierwszych dwudziestu minutach. Aktorzy mówili szybko, wiele emocji starano się przekazać tańcem, scenografia praktycznie się nie zmieniała a wszystko to i tak było metaforą. Z braku innych opcji skupiłem się na wizualiach spektaklu i nie żałuję. Myślę, że próba nadążania za fabułą nie pomogłaby w odbiorze, ale być może również dlatego nie jestem nawet w stanie powiedzieć, czy całość spektaklu podobała mi się czy nie. Mogę tylko przyznać, że było to przeżycie dziwne, ciekawe i przede wszystkim zaskakujące.

Ps. Zdjęcie pochodzi ze strony teatru.