Aquaman

Film bardzo mi się podobał, ale zapytany o szczegóły mojej opinii, nie byłem w stanie wymienić nic konkretnego. Poniżej spróbuję usystematyzować moje odczucia. Podkreślam: to nie jest recenzja, tylko raczej podsumowanie moich przemyśleń na temat filmu. Tekst zawiera spoilery, a kolejność omawianych rzeczy jest zupełnie przypadkowa.


Muzyka. Na pierwszy plan wybijają się dla mnie dwa elementy: kilka taktów składających się na motyw postaci Aquamana oraz muzyka z syntetyzatorów a la Thor: Ragnarok. Te dwa motywy bardzo mi się podobały, ale niestety były zupełnie niespójne z resztą oprawy muzycznej filmu. Charakterystyczne melodie pojawiły się parę razy tylko po to by natychmiast ustąpić miejsca bardziej typowej muzyce.


Brak zahamowań i bezpretensjonalność. Twórcy sprawiają wrażenie, jakby zupełnie nie wstydzili się swoich nawet najgłupszych pomysłów. Kostiumy rodem z Power Rangers? Są. Zmutowane zwierzęta morskie? Są. Metropolie na dnie oceanu? Są. Lawa na dnie oceanu? jest (no dobra, ta lawa podobno naprawdę jest, ale i tak myślę, że zachowuje się troszkę inaczej niż to pokazano w filmie.) A wszystko to bez zająknięcia. W pewnym momencie filmu bohaterowie trafiają na wyspę jak z Parku Jurajskiego. Nad głowami latają pterodaktyle, ale nie pada żaden komentarz na ten temat. To po prostu taki film.


Temat. O filmach Marvela mówi się, że są przedstawicielami konkretnych gatunków filmowych. I tak najbardziej charakterystyczny Ant-man jest tak zwanym heist movie, Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz filmem szpiegowskim, a Thor: Ragnarok – space operą. Aquaman również wpisuje się w ten trend. Środkowa część filmu to wypisz wymaluj film przygodowy. Poszukiwania kolejnych wskazówek w drodze do ukrytego skarbu przerwane wielką pogonią i bijatyką w słynnej atrakcji turystycznej. Nie będę ukrywać, że bardzo lubię filmy przygodowe i dla mnie to ogromny plus.


Głupoty. Film pokazuje bardzo fajny trik z trójzębem. Jak się nim kręci wystarczająco szybko, to powstaje wodna tarcza, której nie można w żaden sposób przebić. Niestety ta umiejętność zarezerwowana jest tylko dla Aquamana i Willema Dafoe. Nie, panowie nie są w żaden sposób spokrewnieni ze sobą. A w trakcie finałowej walki Orm, widząc ten ruch, zamiast cierpliwie poczekać aż Aquaman przestanie się wygłupiać, od razu na niego biegnie. Zresztą zachowanie Orma jest źródłem większej liczby głupot w filmie, więc może to część tworzenia postaci? W pewnym momencie chce, wbrew woli swoich partnerów, zabić Aquamana i Merę. Decyduje się zrobić to podstępem i wysłużyć się znajomym piratem. Ataki piratów? Ciągle się zdarzają. Nikt nie będzie go podejrzewał. Nawet mimo tego, że Orm dał piratowi najnowszy prototyp zbroi z Atlantydy i swoich najlepszych żołnierzy do pomocy. Ale z piratem mam jeszcze inny problem.


Black Manta. Bardzo zdziwiło mnie, gdy zobaczyłem montaż pirata przerabiającego w warsztacie najnowszą podwodną broń w swój własny strój Iron Mana. Dlaczego, powiedzcie mi, dlaczego tak utalentowany inżynier ze wszystkich zawodów świata został piratem? Trzeba było pójść do korpo, więcej by zarobił. Ale znowu, może po prostu nie mógł. Może miał problemy z pamięcią. W końcu jego ojciec musiał tłumaczyć mu, że nóż, który od lat wszędzie ze sobą nosi należał do jego dziadka. Dobrze, że nie wszystkie postaci są tak pokazane.


Przedstawienie postaci. W pierwszej scenie z dorosłym Aquamanem widzimy, jak podpływa on do łodzi podwodnej i w nią uderza. Od razu wiadomo, z kim mamy do czynienia. Kiedy pierwszy raz widzimy Orma, jest pod ostrzałem innej łodzi podwodnej. Zamiast ukrywać się przed torpedami, płynie na zmutowanym koniku morskim i z obnażonym trójzębem prosto na nią. Bez zbędnych wyjaśnień i dialogów jednocześnie widać, że jego nienawiść do ludzi jest szczera i płynie z głębi serca, i dlaczego tak właściwie lud go kocha. Gdy poznajemy Merę…


Mera. Nie będę tu komentował umiejętności aktorskich ani kostiumu Amber Heard. Merę poznajemy, gdy tsunami zmiotło samochód z ojcem Aquamana. Arthur zabiera się do reanimacji, ale Mera przerywa mu. “Daj, pozwól mi to zrobić”, mówi. Mera, która zdążyła już odepchnąć całą wodę z okolic samochodu wyciąga rękę nad twarzą ojca Arthura i magicznie wydobywa z jego płuc płyn. A Aquaman odsuwa się i patrzy jak ona skuteczniej ratuje jego ojca. I przez cały film Mera pozostaje niezależną bohaterką. Sama za siebie odpowiada, prowadzi Atlantycką łódź podwodną, używa mózgu, popycha akcję do przodu. Nie “partneruje” głównemu bohaterowi. Jest po prostu drugą główną bohaterką.


Ogłupienie Aquamana. Mam wrażenie, że Aquaman udaje w filmie głupszego niż tak naprawdę jest. Jedyne momenty, kiedy to on świadomie rozwiązuje jakąś zagadkę lub ma jakiś pomysł pojawiają się gdy trzeba skorzystać z wiedzy naszego, lądowego świata. Przez większość czasu to Mera jest zdecydowanie bardziej bystra. Dodatkowo Aquaman przez większość czasu jest tutaj pokazany jako taki głupi prostak, co widać szczególnie w jego niewyszukanych żartach. Ale jednocześnie – mówi w filmie w kilku językach, a jak trzeba, potrafi rozpoznać jakie persony są przedstawione na starożytnych rzymskich posągach. Przy okazji, bardzo śmieszy mnie fakt, że ojciec Arthura kazał mu zakuwać historię starożytnego Rzymu, żeby znał dzieje swojego ludu (przynajmniej wydaje mi się, że tak było to uzasadnione). Tymczasem (właśnie sprawdziłem) Atlantyda na piśmie została pierwszy raz wspomniana przez Platona jako dawna historia przekazana Grekom przez Starożytnych Egipcjan. Jej zatonięcie miało mieć miejsce dziewięć tysięcy lat przed naszą erą, czyli dobrych osiem tysięcy lat przed powstaniem Rzymu. Tym niemniej uważam to za bardzo urocze zobrazowanie charakteru ojca Aquamana. Jestem w stanie w stu procentach uwierzyć w jego dobre intencje.


Dwa światy. W filmie ciągle pojawia się wątek dwóch światów. W trakcie filmu Mera musi odkryć, że w świecie na powierzchni jest nie tylko zło, ale także wiele piękna i pozytywne rzeczy, których nie ma pod wodą. Atlana z kolei pozostaje na powierzchni i mówi wprost, że nie ma dwóch światów, a tylko jeden. Tak naprawdę przecież Atlanci, zanim zostali pochłonięci przez ocean, byli częścią świata lądu. I w tym kontekście bardzo podoba mi się koncepcja, której niestety chyba nie ma w filmie. Być może w całości sobie to wymyśliłem. Wydaje mi się, że Arthur jest po prostu fizycznie sprawniejszy od Atlantów (co widzę chociażby w pierwszej walce z Ormem, gdy Aquaman zostaje pokonany, ale tylko dlatego że po raz pierwszy walczy w nietypowym dla siebie środowisku) dokładnie z tego powodu że jest mieszańcem. On nie jest czystej krwi, tylko dosłownie łączy oba światy i stanowi jak gdyby powrót do korzeni dla Atlantydy.


Humor. Żarty były głupie, nie ma co ukrywać. Mnie akurat nie przeszkadza kloaczny humor, ale dla DC to co najwyżej drobny krok w kierunku Thora: Ragnarok. Najbardziej uderzający jest żart z toaletą. Komuś musiał się naprawdę spodobać, bo cała scena trwała chyba ze 30 sekund i sprawiała wrażenie, jakby filmowcy szczerze delektowali się żartem. Z innej beczki, mnie bardzo rozbawiło selfie w barze, ale słyszałem opinię, że nawet ten żart był beznadziejny. wszystkim nie dogodzisz.


Obsada. Tutaj nie ma się co rozpisywać, ilość znanych nazwisk w napisach końcowych była po prostu imponująca, a i grali chyba nie całkiem na autopilocie.

Efekty specjalne. Słyszałem opinie, że zbyt dużo scen było kręconych na tle zielonych ekranów. I faktycznie, chyba prawie wszystkie tła były wygenerowane komputerowo, niezależnie od tego, czy akcja miała miejsce nad czy pod wodą. Ale być może właśnie dlatego te fantastyczne scenerie nie wybijały się na tle naturalnych widoków. Mnie osobiście ilość efektów specjalnych na seansie nie przeszkadzała tak naprawdę w żadnym momencie, a sama Atlantyda wywarła na mnie ogromne wrażenie.


Ciągła akcja. Mimo, że film trwa chyba ponad dwie godziny, akcja nie zwalnia ani na moment. I chociaż nie wszystko co widziałem na ekranie jest epickie, przynajmniej cały czas coś się dzieje.


Epickie momenty. Aquaman wyciągający z wody łódź podwodną, Mera zamknięta w piwniczce z winem, para bohaterów wyskakująca bez pożegnania z samolotu, Orm niszczący łódź podwodną czy nawet pojawiająca się znikąd fala tsunami, to wszystko momenty, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie.


Zero snów. Przyznam, że gdy z tyłu kadru nagle zobaczyłem wielką falę tsunami, przez chwilę myślałem, że Aquaman właśnie śpi. Że w wizji zobaczy co może się zdarzyć, jeśli nie zostanie królem Atlantydy i że właśnie taka motywacja będzie nim kierowała. Na szczęście znane nam z poprzednich filmów prorocze wizje zostały porzucone. To nie był sen, tylko ekologiczne przesłanie filmu.


Ekologia. Może nie było to zbyt delikatne. Może i tak bardzo dużo mówi się o ekologii. Ale może ten film zobaczą miliony Amerykanów, a w tym sporo takich, którzy nie wiedzą co to globalne ocieplenie. Dla mnie walka o czystość oceanów i metody Orma były bardzo interesującym wątkiem w filmie, a samo przesłanie jest bardzo ważne.


Czary-Mery. I na koniec nie mogę nie powiedzieć, że wodne czary-mary Mery mnie urzekły. Umiejętność Mery była bardzo efektowna, szczególnie w scenie z fontanną. Bardzo liczyłem na to, że zaleją Saharę słoną wodą, ale nie można mieć wszystkiego.


A najgorszą chyba rzeczą, którą zobaczyłem w tym filmie był naprawdę paskudnie odmłodzony Willem Dafoe. To trzeba zobaczyć!


Podsumowując: dla mnie to zabawa na sto dwa. Bardzo polecam!

ps. Zdjęcie z nagłówka pochodzi z oficjalnej strony filmu.